W ramach promocji wsi całe słoiki zjadam
2009-11-20
, aktualizacja: 20.11.2009 17:59
Leniwą wieś zmieniła w centrum biznesu. - Aż się faceci zazdrośni zrobili, zaczęli się wtrącać. No to my im krótko: straż pożarną sobie załóżcie
- Uważajcie na krety - Elżbieta Saj, szczupła blondynka sadza nas przy plastikowym stole przed domem. Miniówa ledwo zakrywa jej pupę. Tlenione włosy, długie kolorowe tipsy, guziki na dekolcie odważnie odpięte. Jest sołtyską Strzelec Dolnych. Pierwszą kobietą na tym stanowisku w historii wsi. Zanim się pojawiła, o niewielkich Strzelcach (ok. 200 mieszkańców) pod Bydgoszczą mało kto słyszał.
- Krety?
- Poczekajcie, dadzą o sobie znać - podaje nam mocną czarną kawę. Zapala papierosa.
- Nie jestem stąd. Sprowadziłam się na wieś dziewięć lat temu z Bydgoszczy. Teść umarł, zamieszkaliśmy w jego domu. Nudziło mi się trochę. Młoda byłam, przed czterdziestką. Nosiło mnie. Kręciłam się po wsi i zaczęłam myśleć, co by tu. Najpierw z Hanką, sąsiadką, wymyśliłam, żeby koło gospodyń wiejskich założyć. Chodziłam od domu do domu i namawiałam kobitki: nudzicie się, paplacie, łazicie jedna za drugą. Zróbmy coś. Nie musimy spotykać się przy płotach, możemy w świetlicy. A jeszcze coś pożytecznego z tego naszego gadania wyjdzie.
- Chętne były?
- Gdzie tam. Ile się nasłuchałam: Co ty myślisz? Że będziemy pierze darły, jak nasze matki? No to skrzyknęłam kilka i zorganizowałam pierwszy festyn rodzinny na boisku. Tysiąc ludzi przyszło, albo i lepiej. To je zachęciło. Dziś w kole działa kilkanaście kobitek. Najmłodsza jest koło dwudziestki, najstarsza po pięćdziesiątce. To my rządzimy wsią. Bo niby mnie na sołtyskę pchnęły, ale wiadomo: wszystkie pomysły i decyzje koło podejmuje.
No i pomagamy sobie. Jak spalili się sąsiedzi, to z puszką po wsi chodziłyśmy, albo jak zginęła 11-letnia córka sąsiadom, to każda pomogła jak umiała. Normalnie to bym do kostnicy nie poszła, a wtedy wszystko przy zmarłej zrobiłam. Wysprzątałam kostnicę na błysk. Spotykamy się, imprezy robimy.
W tym momencie zapadają się pod ziemię dwie nogi jej krzesła. Szybko wstaje z mokrej trawy. - O widzicie, to te cholerne krety - otrzepuje miniówkę.
Władzy się nie bałam
Przyjechałyśmy do Elżbiety Saj, by się dowiedzieć, jak kobietom idzie rządzenie polską wsią.
- Jak idzie? Jak po maśle. Aż się faceci zazdrośni zrobili. Zaczęli nam się wtrącać. No my im krótko: straż pożarną sobie załóżcie.
- Założyli?
- Skąd, odwagi nie mają - śmieje się.
46-letnia Saj została sołtyską dwa lata temu. - Dziewczyny mi zaproponowały. Pukałam się w głowę, ale nie było wyjścia. Hanka nie chciała, powtarzała w kółko: my już sołtysem nie będziemy. Ona nigdy nie była, ale jej mąż kilka lat temu miał stanowisko. On zarabiał pieniądze, a ona bidna tak naprawdę wszystko we wsi sama załatwiała. Ktoś nowy był pilnie potrzebny. Stary sołtys to ten typ, co ciągle tylko: ja, ja, ja, moje, moje. Wszystkie pomysły sobie przypisywał. Nawet sukcesy koła gospodyń wiejskich! No to zgodziłam się.
Na wiejskim zebraniu wyborczym padły trzy kandydatury. Elżbieta Saj, poprzedni sołtys i jeszcze jeden sąsiad. Nie było przemówień, kampanii wyborczej. - Szybkie głosowanie i już. Zostałam sołtysem w pół godziny.
Nigdy wcześniej Strzelcami Dolnymi nie rządziła kobieta. Nie obyło się bez zgryźliwych uwag. Stary sołtys skomentował krótko: może najmłodszy ten nasz sołtys nie jest, ale najładniejszy w gminie za to.
Ludzie się śmiali, że zamiast prawdziwego sołtysa, "taką wiecheć mają". Poprzedni sołtys ważył ponad 140 kg. Ela przy nim jest kruszynką. - Na początku czułam, że są w wiosce tacy, którzy tylko czekają na mój błąd. A znajdziemy coś na babę - zacierali ręce. Ale nie znaleźli.
- Władza? Władzy się nie bałam. Bo niby czego. Żaden problem. Która z nas by sobie nie poradziła? Jak potrafi wszystko w domu skoordynować, te prania, sprzątania, szkoły dla dzieci, jadłospisy na całe lata, wycieczki na wakacje, no i żeby starczyło do pierwszego, to co ma se nie poradzić ze wsią? A facet? No mój mąż to sam o sobie mówi tak: jakby mnie kto zamknął w warsztacie i dał trzy razy dziennie jeść, to bym nie wychodził. Ma usługi sprzętowe, koparkoładowarki kupiliśmy i kopiemy u ludzi. Nie wychyla się, nie ma potrzeby działać. Ale czepiać to się lubi. Jak czasem zapomnę o czymś, to się ze mnie głośno śmieje: "Tak? Taki sołtys z ciebie? Zlinczują cię kiedyś, zobaczysz". A jak się angażuję i wyjeżdżam na szkolenie, to w drugą stronę: narzeka, że żony w domu nie ma. No to zawsze przed wyjazdem walczę przy garach: żeby obiad na dwa dni w domu był, jakieś piwo w lodówce, co by nie było.
Ela w gminie pracuje niemal z samymi mężczyznami. Tylko pięciu z 26 sołtysów to kobiety. - I brylują. Bo kto może brylować? Facet? Czym? Jak kobieta sobie wbije coś do głowy, to silnych nie ma. Dąży, drąży do celu. I osiąga, co chce. Musiałam na przykład załatwić, żeby pług na naszej drodze się opuszczał. Bo wcześniej jeździł, ale śniegu na naszej drodze akurat nie zgarniał. I ten kierowca mi w końcu uległ. Może wizualnie na niego wpłynęłam...
Saj na początku sołtysowania wzięła się za świetlicę. - Mieliśmy takie stołki, co chyba jeszcze wojnę pamiętały - mówi. - Nie mogłam patrzeć na te pordzewiałe rynny. Poprzedni sołtys w planach budżetowych przez 12 lat wpisywał, że je wymieni. I nic. Ja wpisałam raz i mamy nowe. I jeszcze opierzenie dachu załatwiłam. Chcieli za dużo pieniędzy. Powiedziałam, że jak nie zmieszczą się w kwotach, które ja ustalam, to moi ludzie przyjdą i ich stąd z hukiem wywalą. Poskutkowało.
- Z czym do pani ludzie przychodzą?
- Że lampy się nie palą, że śnieg. Że kibel pełen i wywóz szamba trzeba zamówić. Inni są delikatniejsi, tylko sugerują. Jakby te trawy wykosili, to by było OK.
50 tys. słoików na rok
Saj zmieniła leniwą wieś w centrum biznesu. Jak? - Wkurw... się. Od tego się zaczęło - opowiada. - Na szkoleniu z tradycji kulinarnej, na które pojechałam z koleżanką z koła gospodyń, wystąpił nasz kolega. Nadął się i pokazał powidła. Z dumą obwieścił, że dostał za nie nagrodę. Jakąś perłę chyba. Oczom nie dowierzałam, przecież to były powidła Marysi, mojej sąsiadki. Wtedy pomyślałam, jak to tak może być, że Marysia powidła robi, a facet zgarnia za to nagrody? I doszłam do wniosku, że na tych śliwkach wszyscy możemy coś wygrać.
We wsi jest ponad 20 hektarów sadów śliwkowych. Z każdego hektara zbiera się ok. 20 ton śliwki. Jeszcze w PRL-u smażenie powideł było lokalną tradycją. Każdej jesieni ludzie gromadzili się wokół kotłów. Smażenie śliwek było ważniejsze niż dożynki.
- Bocian do mieszania w każdym domu był. 11 kotłów we wsi. Ale już mało kto ich używał. Zrozumiałam, że czas do tego wrócić. Pierwsze święto śliwki zrobiły dwie rodziny: Iwanowscy i my. Ja tam za powidłami nigdy nie przepadałam, ale w ramach promocji to całe stoiki pożerałam.
Mój piętnastoletni syn miał jedyny komputer we wsi. Etykietkę nam zrobił. Napisał "Powidła strzeleckie" i coś tam, coś tam. Ta etykieta została do dziś. Zarzucali nam, że taka szkolna. Ale w końcu my baby ze wsi jesteśmy.
Potem zaczęło się rozkręcać. Razem z kołem gospodyń wymyśliłyśmy ekspozycję. Wóz, kocioł, bocian do mieszania, drewniane stoły, ławeczki, beczki, starocie. To był hicior! Zsiadłe mleko woziłyśmy, chleb ze smalcem, naleśniki, placki ziemniaczane. Takie proste, tanie rzeczy. Jeździłyśmy z tym po wsiach, miastach nawet. A się ludzie do nas ustawiali!
We wrześniu 2001 r. kilkaset osób przyszło posmakować powideł Iwanowskich i Sajów. Teraz na święto śliwki co roku przyjeżdża kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Gospodynie ze Strzelec Dolnych smażą rocznie ok. 50 tys. powideł. Sprzedają przez cały rok.
- I kupują sobie ładne bluzki, na fryzjera w końcu je stać - cieszy się sołtyska.
Saj na początku sołtysowania wzięła się za świetlicę. - Mieliśmy takie stołki, co chyba jeszcze wojnę pamiętały - mówi. - Nie mogłam patrzeć na te pordzewiałe rynny. Poprzedni sołtys w planach budżetowych przez 12 lat wpisywał, że je wymieni. I nic. Ja wpisałam raz i mamy nowe. I jeszcze opierzenie dachu załatwiłam. Chcieli za dużo pieniędzy. Powiedziałam, że jak nie zmieszczą się w kwotach, które ja ustalam, to moi ludzie przyjdą i ich stąd z hukiem wywalą. Poskutkowało.
- Z czym do pani ludzie przychodzą?
- Że lampy się nie palą, że śnieg. Że kibel pełen i wywóz szamba trzeba zamówić. Inni są delikatniejsi, tylko sugerują. Jakby te trawy wykosili, to by było OK.
50 tys. słoików na rok
Saj zmieniła leniwą wieś w centrum biznesu. Jak? - Wkurw... się. Od tego się zaczęło - opowiada. - Na szkoleniu z tradycji kulinarnej, na które pojechałam z koleżanką z koła gospodyń, wystąpił nasz kolega. Nadął się i pokazał powidła. Z dumą obwieścił, że dostał za nie nagrodę. Jakąś perłę chyba. Oczom nie dowierzałam, przecież to były powidła Marysi, mojej sąsiadki. Wtedy pomyślałam, jak to tak może być, że Marysia powidła robi, a facet zgarnia za to nagrody? I doszłam do wniosku, że na tych śliwkach wszyscy możemy coś wygrać.
We wsi jest ponad 20 hektarów sadów śliwkowych. Z każdego hektara zbiera się ok. 20 ton śliwki. Jeszcze w PRL-u smażenie powideł było lokalną tradycją. Każdej jesieni ludzie gromadzili się wokół kotłów. Smażenie śliwek było ważniejsze niż dożynki.
- Bocian do mieszania w każdym domu był. 11 kotłów we wsi. Ale już mało kto ich używał. Zrozumiałam, że czas do tego wrócić. Pierwsze święto śliwki zrobiły dwie rodziny: Iwanowscy i my. Ja tam za powidłami nigdy nie przepadałam, ale w ramach promocji to całe stoiki pożerałam.
Mój piętnastoletni syn miał jedyny komputer we wsi. Etykietkę nam zrobił. Napisał "Powidła strzeleckie" i coś tam, coś tam. Ta etykieta została do dziś. Zarzucali nam, że taka szkolna. Ale w końcu my baby ze wsi jesteśmy.
Potem zaczęło się rozkręcać. Razem z kołem gospodyń wymyśliłyśmy ekspozycję. Wóz, kocioł, bocian do mieszania, drewniane stoły, ławeczki, beczki, starocie. To był hicior! Zsiadłe mleko woziłyśmy, chleb ze smalcem, naleśniki, placki ziemniaczane. Takie proste, tanie rzeczy. Jeździłyśmy z tym po wsiach, miastach nawet. A się ludzie do nas ustawiali!
We wrześniu 2001 r. kilkaset osób przyszło posmakować powideł Iwanowskich i Sajów. Teraz na święto śliwki co roku przyjeżdża kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Gospodynie ze Strzelec Dolnych smażą rocznie ok. 50 tys. powideł. Sprzedają przez cały rok.
- I kupują sobie ładne bluzki, na fryzjera w końcu je stać - cieszy się sołtyska.
Najnowsze wiadomości
- 47 komentarzy
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
62 głosy
-
W ramach promocji wsi całe słoiki zjadam
soophie
21.11.09, 14:30
Brawo, to sie nazywa zmysl biznesu. Zycze sukcesow :)»
-
W ramach promocji wsi całe słoiki zjadam
grajag
21.11.09, 15:42
Jak władza była rękach tłustego ,leniwego faceta to nic się nie działo!Gdybykobiety rządziły inaczej ta wieś,miasto i kraj bywyglądały...Przedsiębiorczość, naprawy,dobro »
-
W ramach promocji wsi całe słoiki zjadam
polandfirst1
21.11.09, 16:54
Brawo!!! Wku.... sie i pomaga!!! Niech ta pani jeszcze przyjedzie do Katowic i tego "prezydenta" wywali i zrobi z nim porzadek!!!»






