Opowieść o bogatym kraju ubogich ludzi
03.09.2010
, aktualizacja: 03.09.2010 15:42
Afryka woła każdego, kto choć raz postawił swe stopy na jej brunatnej ziemi. Co w niej takiego pociągającego, magnetycznego, powabnego?
W lipcu wsiadam w samolot i lecę do Nigerii, kraju trzykrotnie większego od Polski, najbardziej zaludnionego ze wszystkich państw afrykańskich. - Przeżyjesz w naszym kraju, poradzisz sobie w pozostałych - mówią o swojej ojczyźnie sami Nigeryjczycy, bo to pod wieloma względami niebezpieczne państwo.
Regułą jest brak reguł
Po opuszczeniu terminalu lotniska w Lagos ogarnia mnie fala dusznego, lepkiego powietrza. Z mroków wieczoru wyłaniają się dziesiątki mężczyzn chcących zarobić na czymkolwiek - mogą wymienić dolary na nairy, pomogą znaleźć taksówkę, zorganizują nocleg. Ubrani w długie spodnie, pomięte koszule, w czapkach lub bez żadnych nakryć głowy obsiadają człowieka niczym natrętne muchy czy komary. Kiedy uda się odpędzić jednego, zaraz pojawi się następny.
Szczęście ma ten, do kogo Lagos wyciągnie rękę w postaci jakiegoś znajomego, który poprowadzi przez labirynt aut. W Lagos błądzi się, bo w większości miejsc nie ma elektryczności. Zewsząd atakuje mnie polifonia klaksonów. Na nigeryjskich ulicach brak reguł, nie ma znaków ani sygnalizacji świetlnej. Prawie wszystko zależy od umiejętności kierowcy. Jeśli sprawnie naciska klakson, wymusza pierwszeństwo, zajeżdża drogę, wówczas szybko osiągnie cel swojej podróży.
Późnym wieczorem dawna stolica Nigerii nie sprawia wrażenia przyjaznej. Po obu stronach dróg mrowie czarnoskórych ludzi. Próżno tu szukać białego człowieka. Już wieczór, a oni wciąż w pracy. Jedni w przydrożnych sklepikach usiłują sprzedać olej, kassawę, jam, kukurydzę, orzeszki, dziesiątki artykułów i produktów. Inni podejmują trud dotarcia do domu z ciężką taczką. Niektórzy dźwigają na swych głowach baniaki z wodą. Jeszcze inni zwyczajnie stoją i patrzą. Jeśli kierowca będzie chciał przeciąć drogę, zażądają od niego opłaty 20-50 N. W przeciwnym razie właściciel auta może się spotkać z trudną do przewidzenia reakcją - krzykiem połączonym z gestykulacją czy z rzuceniem w pojazd kamieniem.
Motoryzacyjny fenomen
Każde miasto i każda wioska są wypełnione pojazdami. W Lagos czy w stołecznej Abudży spotyka się auta nowoczesne, komfortowe, o standardzie europejskim, zarówno osobowe, jak i terenowe. W wioskach przeważają kilkunastoletnie, wszystkie sprowadzane z Europy, co zdradzają naklejki.
Wszędzie są busy, zardzewiałe, zdezelowane. Aż dziw, że jeszcze jeżdżą. Na szybach i drzwiach widać naklejki religijne, przedstawiające najczęściej wizerunek Chrystusa czy krzyż. Z przodu bądź z tyłu nierzadko można znaleźć takie napisy jak "Bóg jest dobry", "Jezus jest Panem" czy liczne cytaty z biblijnej Księgi Psalmów.
Minibusy jeżdżą nawet 140 km na godz. Pasażerowie, prawie zawsze 14-15 osób, wciśnięci w fotele na ogół nadrabiają niedobór snu. W każdym jest konduktor, który zbiera pieniądze za przejazd i wykrzykuje nazwy miast, w których bus się zatrzymuje: Onitsha, Nnewi, Ozubulu. Czasem konduktor podróżuje na stojąco, praktycznie na zewnątrz busa, żeby pomieścić większą liczbę pasażerów.
W Onitshy czy Lagos korki są niebotyczne. Wszyscy trąbią na siebie. Towarzystwem dla aut są handlarze. Artykuły znajdują się na głowach dzieci, młodzieńców, kobiet. Tylko oni cieszą się z korków na drodze, bo kierowcy psioczą, trąbią, gestykulują. Na ulicy można kupić praktycznie wszystko - jedzenie, picie, kosmetyki, zegarki, paski do spodni, baterie, ładowarki do telefonów, gazety Takie sklepy są idealnym rozwiązaniem dla zapracowanych. Nie trzeba jechać do marketu, wystawiać nogi z auta. Wystarczy odkręcić szybę, a potrzebny produkt znajdzie się w środku pojazdu.
Miasta-wysypiska
Co zrobi Europejczyk, który skończył właśnie jeść batonika czy pić napój orzeźwiający? Czym prędzej poszuka kosza, by pozbyć się balastu. Co na jego miejscu postanowi Nigeryjczyk? Nie będzie się rozglądał, rozpaczliwie szukał pojemnika na śmieci. Pustą puszkę najzwyczajniej w świecie rzuci na ziemię. W Nigerii nie ma chodników, więc odpadki lądują bezpośrednio na drodze bądź w rowie kanalizacyjnym. Tu też mężczyźni załatwiają swoje potrzeby, i to bez najmniejszego skrępowania.
- Co to jest? - pytam Denisa, z którym podróżuję do Bomadi, wskazując z daleka mieniące się w słońcu różnokolorowe przedmioty.
- A to - uśmiecha się - wysypisko śmieci.
Znak identyfikacyjny wielu miast. Zamiast tablicy z nazwą miejscowości pokaźne wzgórza odpadków, które potwierdzą, że zbliżamy się do większego miasta. Człowiek, który jest pierwszy raz w Nigerii, ma nadzieję, że przynajmniej w metropoliach, jak Lagos czy Abudża, będzie inaczej. Owszem, zamożniejsze dzielnice nie powstydzą się przystrzyżonych trawników, czarno-białych krawężników czy nawet miejskich lamp. Ale przedmieść Lagos nikt już nie sprząta. W rowie widzę kolby zjedzonej kukurydzy, kawałek dalej skórki od bananów, butelka po soku jabłkowym.
Nigeria handlowa
- Dziś po południu zabiorę cię na targ - mówi uszczęśliwiony Obiora. - Pokażę ci Nigerię.
Stoimy na deptaku w centrum Lagos. Po obu stronach stragany, przed nimi mrowie ludzi. Po lewej i po prawej stronie zawieszone różnobarwne tkaniny, które potem w ręku krawca staną się ubraniami. Ciężko dostrzec różnicę między materiałami z pierwszego, trzeciego czy ósmego stanowiska. Wszędzie te same wzory, kolory. Sprzedawcy siedzą i czekają. Bardziej aktywni będą ci handlujący bezpośrednio na ulicy. Nie da się przejść niezauważonym, zwłaszcza jeśli się jest białym. Zewsząd nawoływanie, wyciągnięte ręce, zachęta do kupna.
Z podobną determinacją można spotkać się w markecie z produktami kosmetycznymi czy spożywczymi. Właściciele wszystkich straganów także oferują te same produkty - jam, ogórki, kassawę, paprykę, kukurydzę, ryż
Wszechobecny handel to znak rozpoznawczy Nigerii. Dla handlu nie ma miejsc zastrzeżonych. Pojawi się też, a jakże, w autobusach miejskich.
Regułą jest brak reguł
Po opuszczeniu terminalu lotniska w Lagos ogarnia mnie fala dusznego, lepkiego powietrza. Z mroków wieczoru wyłaniają się dziesiątki mężczyzn chcących zarobić na czymkolwiek - mogą wymienić dolary na nairy, pomogą znaleźć taksówkę, zorganizują nocleg. Ubrani w długie spodnie, pomięte koszule, w czapkach lub bez żadnych nakryć głowy obsiadają człowieka niczym natrętne muchy czy komary. Kiedy uda się odpędzić jednego, zaraz pojawi się następny.
Szczęście ma ten, do kogo Lagos wyciągnie rękę w postaci jakiegoś znajomego, który poprowadzi przez labirynt aut. W Lagos błądzi się, bo w większości miejsc nie ma elektryczności. Zewsząd atakuje mnie polifonia klaksonów. Na nigeryjskich ulicach brak reguł, nie ma znaków ani sygnalizacji świetlnej. Prawie wszystko zależy od umiejętności kierowcy. Jeśli sprawnie naciska klakson, wymusza pierwszeństwo, zajeżdża drogę, wówczas szybko osiągnie cel swojej podróży.
Późnym wieczorem dawna stolica Nigerii nie sprawia wrażenia przyjaznej. Po obu stronach dróg mrowie czarnoskórych ludzi. Próżno tu szukać białego człowieka. Już wieczór, a oni wciąż w pracy. Jedni w przydrożnych sklepikach usiłują sprzedać olej, kassawę, jam, kukurydzę, orzeszki, dziesiątki artykułów i produktów. Inni podejmują trud dotarcia do domu z ciężką taczką. Niektórzy dźwigają na swych głowach baniaki z wodą. Jeszcze inni zwyczajnie stoją i patrzą. Jeśli kierowca będzie chciał przeciąć drogę, zażądają od niego opłaty 20-50 N. W przeciwnym razie właściciel auta może się spotkać z trudną do przewidzenia reakcją - krzykiem połączonym z gestykulacją czy z rzuceniem w pojazd kamieniem.
Motoryzacyjny fenomen
Każde miasto i każda wioska są wypełnione pojazdami. W Lagos czy w stołecznej Abudży spotyka się auta nowoczesne, komfortowe, o standardzie europejskim, zarówno osobowe, jak i terenowe. W wioskach przeważają kilkunastoletnie, wszystkie sprowadzane z Europy, co zdradzają naklejki.
Wszędzie są busy, zardzewiałe, zdezelowane. Aż dziw, że jeszcze jeżdżą. Na szybach i drzwiach widać naklejki religijne, przedstawiające najczęściej wizerunek Chrystusa czy krzyż. Z przodu bądź z tyłu nierzadko można znaleźć takie napisy jak "Bóg jest dobry", "Jezus jest Panem" czy liczne cytaty z biblijnej Księgi Psalmów.
Minibusy jeżdżą nawet 140 km na godz. Pasażerowie, prawie zawsze 14-15 osób, wciśnięci w fotele na ogół nadrabiają niedobór snu. W każdym jest konduktor, który zbiera pieniądze za przejazd i wykrzykuje nazwy miast, w których bus się zatrzymuje: Onitsha, Nnewi, Ozubulu. Czasem konduktor podróżuje na stojąco, praktycznie na zewnątrz busa, żeby pomieścić większą liczbę pasażerów.
W Onitshy czy Lagos korki są niebotyczne. Wszyscy trąbią na siebie. Towarzystwem dla aut są handlarze. Artykuły znajdują się na głowach dzieci, młodzieńców, kobiet. Tylko oni cieszą się z korków na drodze, bo kierowcy psioczą, trąbią, gestykulują. Na ulicy można kupić praktycznie wszystko - jedzenie, picie, kosmetyki, zegarki, paski do spodni, baterie, ładowarki do telefonów, gazety Takie sklepy są idealnym rozwiązaniem dla zapracowanych. Nie trzeba jechać do marketu, wystawiać nogi z auta. Wystarczy odkręcić szybę, a potrzebny produkt znajdzie się w środku pojazdu.
Miasta-wysypiska
Co zrobi Europejczyk, który skończył właśnie jeść batonika czy pić napój orzeźwiający? Czym prędzej poszuka kosza, by pozbyć się balastu. Co na jego miejscu postanowi Nigeryjczyk? Nie będzie się rozglądał, rozpaczliwie szukał pojemnika na śmieci. Pustą puszkę najzwyczajniej w świecie rzuci na ziemię. W Nigerii nie ma chodników, więc odpadki lądują bezpośrednio na drodze bądź w rowie kanalizacyjnym. Tu też mężczyźni załatwiają swoje potrzeby, i to bez najmniejszego skrępowania.
- Co to jest? - pytam Denisa, z którym podróżuję do Bomadi, wskazując z daleka mieniące się w słońcu różnokolorowe przedmioty.
- A to - uśmiecha się - wysypisko śmieci.
Znak identyfikacyjny wielu miast. Zamiast tablicy z nazwą miejscowości pokaźne wzgórza odpadków, które potwierdzą, że zbliżamy się do większego miasta. Człowiek, który jest pierwszy raz w Nigerii, ma nadzieję, że przynajmniej w metropoliach, jak Lagos czy Abudża, będzie inaczej. Owszem, zamożniejsze dzielnice nie powstydzą się przystrzyżonych trawników, czarno-białych krawężników czy nawet miejskich lamp. Ale przedmieść Lagos nikt już nie sprząta. W rowie widzę kolby zjedzonej kukurydzy, kawałek dalej skórki od bananów, butelka po soku jabłkowym.
Nigeria handlowa
- Dziś po południu zabiorę cię na targ - mówi uszczęśliwiony Obiora. - Pokażę ci Nigerię.
Stoimy na deptaku w centrum Lagos. Po obu stronach stragany, przed nimi mrowie ludzi. Po lewej i po prawej stronie zawieszone różnobarwne tkaniny, które potem w ręku krawca staną się ubraniami. Ciężko dostrzec różnicę między materiałami z pierwszego, trzeciego czy ósmego stanowiska. Wszędzie te same wzory, kolory. Sprzedawcy siedzą i czekają. Bardziej aktywni będą ci handlujący bezpośrednio na ulicy. Nie da się przejść niezauważonym, zwłaszcza jeśli się jest białym. Zewsząd nawoływanie, wyciągnięte ręce, zachęta do kupna.
Z podobną determinacją można spotkać się w markecie z produktami kosmetycznymi czy spożywczymi. Właściciele wszystkich straganów także oferują te same produkty - jam, ogórki, kassawę, paprykę, kukurydzę, ryż
Wszechobecny handel to znak rozpoznawczy Nigerii. Dla handlu nie ma miejsc zastrzeżonych. Pojawi się też, a jakże, w autobusach miejskich.
1
2
następne »
Najnowsze wiadomości
- 8 komentarzy
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
2 głosy
-
Opowieść o bogatym kraju ubogich ludzi
krzysszkot
03.09.10, 17:44
P.Michale i droga redakcjo, czy razem zastanowiliście sie, czy wartozamieszczać ten tekst.Czuję się jakbym oglądał tysiące zdjęć u znajomych,którzy byli na wycieczce w Egipcie. Siedzę jak na»
-
Re: Opowieść o bogatym kraju ubogich ludzi
zaskoczony12
06.09.10, 23:05
Nie wiem czy Pan zauważył, ale zdjęć w tym artykule nie jest tysiąc, a jedynie dwa. Domyśla się Pan również, że po to Gazeta zamieszcza fotografie, by uatrakcyjnić tekst. Dobór odpowiednich »
-
Re: Opowieść o bogatym kraju ubogich ludzi
podrozniczka_1
09.09.10, 11:23
Totalnie się z Panem nie zgadzam! Przecież Autor opisuje nam Afrykę - kawałek świata, który poznał. Nie lansuje swojej osoby w tym artykule, zatem gdzie tu brak pokory???Osobiście sporo »




więcej zdjęć

