Mackiewicz: Nie palimy już staników
26.06.2009
, aktualizacja: 26.06.2009 17:49
W przedszkolach wychowanie oparte jest stereotypach. Dziewczynki zajmują się czesaniem lalek, a chłopcy rozwijają wyobraźnię, budując z klocków - mówi bydgoska radna Anna Mackiewicz, bydgoska radna i przewodnicząca ogólnopolskiej sekcji kobiecej w SLD
Emilia Iwanciw: Feministka to według pani...
Anna Mackiewicz: ...kobieta, która chce mieć takie same prawa jak mężczyzna, ale nie ustawia siebie w opozycji do niego. Nie próbuje zastępować męskiej dominacji dominacją kobiecą. Nie ma zamiaru walczyć z facetami. Ale przeszkadza jej nierówne traktowanie kobiet i mężczyzn. Myślę, że takimi feministkami jest większość kobiet. Niestety, to słowo ma wciąż pejoratywny wydźwięk i kojarzy się ze skrajnymi zachowaniami, takimi jak choćby palenie staników. A to już przeszłość, która nie wróci.
Z jakimi refleksjami wraca pani z Kongresu Kobiet Polskich, który kilka dni temu odbył się w Warszawie?
- Z ubolewaniem stwierdzam, że w Bydgoszczy nie ma właściwie żadnych ruchów genderowych. Nie wiem, czy nie jesteśmy ostatnim dużym miastem, w którym takie organizacje się nie wykształciły. Mam obawy, że właśnie tak jest.
Uważam, że na Uniwersytecie Kazimierza Wielkiego powinny powstać studia genderowe, choćby podyplomowe. Dziś ma je większość prestiżowych uczelni m.in. sąsiedni UMK w Toruniu. Bydgoska uczelnia kształci w większości nauczycieli. Oni idą potem uczyć dzieci i to od nich w dużej mierze zależy, w jakim duchu będą wychowywane dzieci, w tym dziewczynki. Oni wybierają na przykład podręczniki. Niestety, w wielu książkach do historii feminizm jest opisany w ośmieszający sposób. Ale są na rynku też takie, które opisują go mądrze. Tylko czy bydgoski nauczyciel w tym się połapie bez uniwersyteckiego przygotowania?
To niech pani przekona rektora, żeby powołał genderowy instytut.
- Może spróbuję. Bo tylko taka praca u podstaw ma szansę coś zmienić. Trzeba by zacząć już od żłobków i przedszkoli. Już na tym etapie należy przestać pokazywać na obrazkach chłopców siedzących przy komputerze i dziewczynki liczące pierniki. W naszych przedszkolach wychowanie oparte jest stereotypach - osobny kącik dla dziewczynek z lalkami i wózkami, osobny dla chłopców z autami klockami. Dziewczynki zajmują się czesaniem lalek, a chłopcy rozwijają wyobraźnię, budując z klocków.
A potem to właśnie chłopcy zostają konstruktorami. A dziewczynki nie garną się na studia techniczne. Na Uniwersytecie Technologiczno-Przyrodniczym jest ich niewiele.
- Niestety, sama uczę matematyki i nad tym ubolewam.
Więc co zrobić, żeby dziewczynki chętniej rozwijały się w stereotypowo męskich dziedzinach?
- Potrzebne są kampanie społeczne i zajęcia wychowawcze na ten temat. Miasto mogłoby również podczas rozdzielania grantów zwrócić uwagę na projekty, których celem jest wyrównanie szans dziewczynek. W ostatnich konkursach ani jeden zgłoszony przez szkołę projekt z takim tematem nie był związany. To również pole dla organizacji pozarządowych, które mogą na takie akcje pozyskiwać pieniądze z Unii. Tylko że u nas żadnych organizacji działających na rzecz kobiet nie ma.
Sprawdzała pani kiedyś, ile kobiet jest u nas w samorządach: ile pracuje w ratuszu, ile jest szefami wydziałów, radnymi?
- W bydgoskim ratuszu wygląda to całkiem nieźle. Mamy kobietę wiceprezydent. Najlepszymi szefami wydziałów też są kobiety. Kiedy któraś rezygnowała, za każdym razem okazywało się, że na rynku nie ma na kogo ich wymienić. W radzie miasta już tak dobrze to nie wygląda - na 31 radnych przypada u nas siedem kobiet. Jeszcze gorzej jest w Urzędzie Wojewódzkim i Marszałkowskim. Tam kobiet jest zdecydowana mniejszość. Niestety, w większości firm kobiety mamy głównie na stanowiskach pomocniczych i biurowych. Gdyby w ministerstwie zrobić takie badania, okazałoby się, że owszem, kobiety tam pracują, tylko że głównie jako sprzątaczki. W niemal każdej firmie czy instytucji, im niższa płaca, tym więcej kobiet. W Bydgoszczy wprawdzie wśród dyrektorów podstawówek jest wiele kobiet, ale już w liceach, które w hierarchii są wyżej, przeważają mężczyźni.
Aby kobiety wspinały się po szczeblach kariery i zdobywały władzę, potrzebują żłobka i przedszkola. Tymczasem na miejsce w żłobku w ogóle nie ma co liczyć. A w przedszkolu ich jak na lekarstwo. I z tym powinny radzić sobie samorządy.
- Myślałam nad tym, jak by to można rozwiązać. Chodzi tutaj nie tylko o pomoc kobietom, które idą do pracy, ale także takim, które nie pracują. Dziś w oblężonych przedszkolach one nie mają szans na miejsce. A wyniki badań, które przeprowadzały na moją prośbę studentki, pokazują, że przedszkole dla rodziców nie jest przymusem. Chcą tam posyłać dzieci, bo wiedzą, jakie z tego płyną korzyści. Druga sprawa to żłobki...
Miniżłobki mogłyby tworzyć kobiety we własnych domach.
- Na razie żłobki podlegają pod ministerstwo zdrowia. W związku z tym, aby założyć żłobek, potrzeba pielęgniarek, odpowiedniego metrażu i mnóstwa innych rzeczy. Dlatego żłobek w mieszkaniu na razie pozostaje w sferze marzeń. Jest jednak inna sprawa, którą trzeba jak najszybciej załatwić. Nowe prawo pozwala na otwieranie prywatnych punktów przedszkolnych. U nas miasto niestety jednak nie promuje w ogóle tych możliwości...
Może je zakładać w mieszkaniach?
- Tak, choć tutaj również trzeba spełnić pewne warunki np. co do wysokości pomieszczeń. W Bydgoszczy na razie takie punkty są ze dwa, lecz nie dostają dotacji od miasta. A prawo mówi, że gmina musi dać nie mniej niż 50 procent na utrzymanie dziecka w takim punkcie. Musimy więc jak najszybciej podjąć tę uchwałę, bo do 30 września jest czas na składanie wniosków przez osoby chętne do prowadzenia takich punktów. Uważam, że powinny one również powstawać przy zakładach pracy. Tak się w kraju dzieje, nas jednak na razie na tendencja omija.
W kraju również, z tego co wiem, to głównie zagraniczne firmy wprowadzają u siebie takie udogodnienia.
- Niestety tak jest. Miasto, radni, media mogliby jednak zmotywować lokalnych pracodawców do podjęcia takich inicjatyw. W centrali co roku są organizowane konkursy na najbardziej przyjaznego kobietom pracodawcę. Lokalne firmy jednak są do tych konkursów za małymi żuczkami. I ja myślę, że takie rywalizacje z nagrodami podnoszące wizerunek danej firmy moglibyśmy wprowadzić na lokalny grunt. Aby to się opłacało, jako gmina musimy zapewnić, że przynajmniej 50 procent kosztów utrzymania dziecka zwrócimy. Będę o to zabiegać. To ważne u nas, bo internetowy system sprawił, że wiele dzieci nie zostało przydzielonych ani do przedszkola blisko firmy rodzica, ani blisko domu. Takie przedszkole przy zakładzie pracy rozwiązałyby ten problem.
Podczas kongresu został też poruszony problem opieki nad osobami starszymi. Wiele kobiet w średnim wieku nie może się realizować, bo musi opiekować się schorowanym rodzicem. A nasze lokalne domy spokojnej starości są tak zatłoczone, jak chyba nigdy przedtem.
- I w tej sprawie przydałaby się zmiana przepisów, i o to również będę się starać. Teraz jest tak, że jedynie osoba samotna może otrzymać pomoc w postaci pracownicy pomocy społecznej, która pomaga w opiece nad schorowanym seniorem. A jak ma rodzinę, to musi szukać sobie opiekunki na rynku. Nikt nie patrzy na to, że jej rodzina, czyli mąż, praktycznie nie pomaga. Można wynająć prywatną pomoc, czy pielęgniarkę, ale to są duże koszty. Dlatego powinniśmy złagodzić przepisy dotyczące korzystania z pomocy społecznej w tym względzie.
Mało jest kobiet w lokalnej polityce. Dlaczego?
- Kobiety rzadko idą do polityki. Jeśli tak, to po to, by załatwić konkretne rzeczy. Mają satysfakcję wtedy, kiedy widzą, że ich działalność przynosi skutek. Nie zależy im na władzy dla samej władzy. A na najwyższych szczeblach władzy trzeba prowadzić lobbing, chodzić na oficjalne spotkania, co kobiety uważają za stratę czasu. Bo one w tym czasie, kiedy faceci omawiają w knajpie, kto będzie na jakim miejscu listy wyborczej i opowiadają kawały, zdążą wstawić i powiesić pranie, pójść do sklepu, coś ugotować, przeczytać książkę, obejrzeć film i jeszcze np. jeśli akurat są radnymi, napisać nową uchwałę o przedszkolach.
I dlatego nie walczą o lepszą pozycję w swoich partiach? A może dlatego, że mężczyźni nie dopuszczają ich do władzy?
- Myślę, że nie walczą właśnie dlatego, że wolą widzieć realne efekty swojej pracy. Choć oczywiście jestem za tym, by więcej kobiet szło do polityki i zajmowało kierownicze stanowiska. W tym celu na jakiś czas zapewne przydałoby się wprowadzenie parytetów. A mężczyźni, jak to trafnie ujęła na kongresie Agnieszka Graff, powinni dostać parytety na działalność w sferze domowej.
Anna Mackiewicz: ...kobieta, która chce mieć takie same prawa jak mężczyzna, ale nie ustawia siebie w opozycji do niego. Nie próbuje zastępować męskiej dominacji dominacją kobiecą. Nie ma zamiaru walczyć z facetami. Ale przeszkadza jej nierówne traktowanie kobiet i mężczyzn. Myślę, że takimi feministkami jest większość kobiet. Niestety, to słowo ma wciąż pejoratywny wydźwięk i kojarzy się ze skrajnymi zachowaniami, takimi jak choćby palenie staników. A to już przeszłość, która nie wróci.
Z jakimi refleksjami wraca pani z Kongresu Kobiet Polskich, który kilka dni temu odbył się w Warszawie?
- Z ubolewaniem stwierdzam, że w Bydgoszczy nie ma właściwie żadnych ruchów genderowych. Nie wiem, czy nie jesteśmy ostatnim dużym miastem, w którym takie organizacje się nie wykształciły. Mam obawy, że właśnie tak jest.
Uważam, że na Uniwersytecie Kazimierza Wielkiego powinny powstać studia genderowe, choćby podyplomowe. Dziś ma je większość prestiżowych uczelni m.in. sąsiedni UMK w Toruniu. Bydgoska uczelnia kształci w większości nauczycieli. Oni idą potem uczyć dzieci i to od nich w dużej mierze zależy, w jakim duchu będą wychowywane dzieci, w tym dziewczynki. Oni wybierają na przykład podręczniki. Niestety, w wielu książkach do historii feminizm jest opisany w ośmieszający sposób. Ale są na rynku też takie, które opisują go mądrze. Tylko czy bydgoski nauczyciel w tym się połapie bez uniwersyteckiego przygotowania?
To niech pani przekona rektora, żeby powołał genderowy instytut.
- Może spróbuję. Bo tylko taka praca u podstaw ma szansę coś zmienić. Trzeba by zacząć już od żłobków i przedszkoli. Już na tym etapie należy przestać pokazywać na obrazkach chłopców siedzących przy komputerze i dziewczynki liczące pierniki. W naszych przedszkolach wychowanie oparte jest stereotypach - osobny kącik dla dziewczynek z lalkami i wózkami, osobny dla chłopców z autami klockami. Dziewczynki zajmują się czesaniem lalek, a chłopcy rozwijają wyobraźnię, budując z klocków.
A potem to właśnie chłopcy zostają konstruktorami. A dziewczynki nie garną się na studia techniczne. Na Uniwersytecie Technologiczno-Przyrodniczym jest ich niewiele.
- Niestety, sama uczę matematyki i nad tym ubolewam.
Więc co zrobić, żeby dziewczynki chętniej rozwijały się w stereotypowo męskich dziedzinach?
- Potrzebne są kampanie społeczne i zajęcia wychowawcze na ten temat. Miasto mogłoby również podczas rozdzielania grantów zwrócić uwagę na projekty, których celem jest wyrównanie szans dziewczynek. W ostatnich konkursach ani jeden zgłoszony przez szkołę projekt z takim tematem nie był związany. To również pole dla organizacji pozarządowych, które mogą na takie akcje pozyskiwać pieniądze z Unii. Tylko że u nas żadnych organizacji działających na rzecz kobiet nie ma.
Sprawdzała pani kiedyś, ile kobiet jest u nas w samorządach: ile pracuje w ratuszu, ile jest szefami wydziałów, radnymi?
- W bydgoskim ratuszu wygląda to całkiem nieźle. Mamy kobietę wiceprezydent. Najlepszymi szefami wydziałów też są kobiety. Kiedy któraś rezygnowała, za każdym razem okazywało się, że na rynku nie ma na kogo ich wymienić. W radzie miasta już tak dobrze to nie wygląda - na 31 radnych przypada u nas siedem kobiet. Jeszcze gorzej jest w Urzędzie Wojewódzkim i Marszałkowskim. Tam kobiet jest zdecydowana mniejszość. Niestety, w większości firm kobiety mamy głównie na stanowiskach pomocniczych i biurowych. Gdyby w ministerstwie zrobić takie badania, okazałoby się, że owszem, kobiety tam pracują, tylko że głównie jako sprzątaczki. W niemal każdej firmie czy instytucji, im niższa płaca, tym więcej kobiet. W Bydgoszczy wprawdzie wśród dyrektorów podstawówek jest wiele kobiet, ale już w liceach, które w hierarchii są wyżej, przeważają mężczyźni.
Aby kobiety wspinały się po szczeblach kariery i zdobywały władzę, potrzebują żłobka i przedszkola. Tymczasem na miejsce w żłobku w ogóle nie ma co liczyć. A w przedszkolu ich jak na lekarstwo. I z tym powinny radzić sobie samorządy.
- Myślałam nad tym, jak by to można rozwiązać. Chodzi tutaj nie tylko o pomoc kobietom, które idą do pracy, ale także takim, które nie pracują. Dziś w oblężonych przedszkolach one nie mają szans na miejsce. A wyniki badań, które przeprowadzały na moją prośbę studentki, pokazują, że przedszkole dla rodziców nie jest przymusem. Chcą tam posyłać dzieci, bo wiedzą, jakie z tego płyną korzyści. Druga sprawa to żłobki...
Miniżłobki mogłyby tworzyć kobiety we własnych domach.
- Na razie żłobki podlegają pod ministerstwo zdrowia. W związku z tym, aby założyć żłobek, potrzeba pielęgniarek, odpowiedniego metrażu i mnóstwa innych rzeczy. Dlatego żłobek w mieszkaniu na razie pozostaje w sferze marzeń. Jest jednak inna sprawa, którą trzeba jak najszybciej załatwić. Nowe prawo pozwala na otwieranie prywatnych punktów przedszkolnych. U nas miasto niestety jednak nie promuje w ogóle tych możliwości...
Może je zakładać w mieszkaniach?
- Tak, choć tutaj również trzeba spełnić pewne warunki np. co do wysokości pomieszczeń. W Bydgoszczy na razie takie punkty są ze dwa, lecz nie dostają dotacji od miasta. A prawo mówi, że gmina musi dać nie mniej niż 50 procent na utrzymanie dziecka w takim punkcie. Musimy więc jak najszybciej podjąć tę uchwałę, bo do 30 września jest czas na składanie wniosków przez osoby chętne do prowadzenia takich punktów. Uważam, że powinny one również powstawać przy zakładach pracy. Tak się w kraju dzieje, nas jednak na razie na tendencja omija.
W kraju również, z tego co wiem, to głównie zagraniczne firmy wprowadzają u siebie takie udogodnienia.
- Niestety tak jest. Miasto, radni, media mogliby jednak zmotywować lokalnych pracodawców do podjęcia takich inicjatyw. W centrali co roku są organizowane konkursy na najbardziej przyjaznego kobietom pracodawcę. Lokalne firmy jednak są do tych konkursów za małymi żuczkami. I ja myślę, że takie rywalizacje z nagrodami podnoszące wizerunek danej firmy moglibyśmy wprowadzić na lokalny grunt. Aby to się opłacało, jako gmina musimy zapewnić, że przynajmniej 50 procent kosztów utrzymania dziecka zwrócimy. Będę o to zabiegać. To ważne u nas, bo internetowy system sprawił, że wiele dzieci nie zostało przydzielonych ani do przedszkola blisko firmy rodzica, ani blisko domu. Takie przedszkole przy zakładzie pracy rozwiązałyby ten problem.
Podczas kongresu został też poruszony problem opieki nad osobami starszymi. Wiele kobiet w średnim wieku nie może się realizować, bo musi opiekować się schorowanym rodzicem. A nasze lokalne domy spokojnej starości są tak zatłoczone, jak chyba nigdy przedtem.
- I w tej sprawie przydałaby się zmiana przepisów, i o to również będę się starać. Teraz jest tak, że jedynie osoba samotna może otrzymać pomoc w postaci pracownicy pomocy społecznej, która pomaga w opiece nad schorowanym seniorem. A jak ma rodzinę, to musi szukać sobie opiekunki na rynku. Nikt nie patrzy na to, że jej rodzina, czyli mąż, praktycznie nie pomaga. Można wynająć prywatną pomoc, czy pielęgniarkę, ale to są duże koszty. Dlatego powinniśmy złagodzić przepisy dotyczące korzystania z pomocy społecznej w tym względzie.
Mało jest kobiet w lokalnej polityce. Dlaczego?
- Kobiety rzadko idą do polityki. Jeśli tak, to po to, by załatwić konkretne rzeczy. Mają satysfakcję wtedy, kiedy widzą, że ich działalność przynosi skutek. Nie zależy im na władzy dla samej władzy. A na najwyższych szczeblach władzy trzeba prowadzić lobbing, chodzić na oficjalne spotkania, co kobiety uważają za stratę czasu. Bo one w tym czasie, kiedy faceci omawiają w knajpie, kto będzie na jakim miejscu listy wyborczej i opowiadają kawały, zdążą wstawić i powiesić pranie, pójść do sklepu, coś ugotować, przeczytać książkę, obejrzeć film i jeszcze np. jeśli akurat są radnymi, napisać nową uchwałę o przedszkolach.
I dlatego nie walczą o lepszą pozycję w swoich partiach? A może dlatego, że mężczyźni nie dopuszczają ich do władzy?
- Myślę, że nie walczą właśnie dlatego, że wolą widzieć realne efekty swojej pracy. Choć oczywiście jestem za tym, by więcej kobiet szło do polityki i zajmowało kierownicze stanowiska. W tym celu na jakiś czas zapewne przydałoby się wprowadzenie parytetów. A mężczyźni, jak to trafnie ujęła na kongresie Agnieszka Graff, powinni dostać parytety na działalność w sferze domowej.
Najnowsze wiadomości
- 3 komentarze
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
5 głosów
-
Mackiewicz: Nie palimy już staników
jacek.killman
26.06.09, 20:51
Nie zgadzam się z opinią, że w przedszkolach wychowanie oparte jest na stereotypach. Moim zdaniem w przedszkolach - jest normalnie. Dopiero później dzieciom zaczyna się mącić w głowach - »
-
Mackiewicz: Nie palimy już staników
gsz1085
26.06.09, 22:43
Zapraszam autorkę artykułu na UTP, na wydział budownictwa, gdzie połowa kształcących się to studentki :).»
-
Mackiewicz: Nie palimy już staników
alanej
27.06.09, 18:11
Kiedy była Pani ostatnio w jakimś przedszkolu? Chyba wieki temu - proponuję wizytę w jakimś dowolnie wybranym - Pani obowiązkiem jako radnej jest bycie wśród ludzi a nie opowiadanie takich »
Najczęściej czytane24 htydzień







