http://wiadomosci.gazeta.pl//i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl//i/obrazki/google_search/sblank.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Ból po stracie dziecka - trzeba zamknąć ten rozdział

Emilia Iwanciw
2007-04-06, ostatnia aktualizacja 2007-04-06 08:46

Promuje się zdrowie, siłę i witalność. Umieranie zostało zepchnięte na obrzeża cywilizacji. W kulturze wiecznej, podtrzymywanej sztucznie młodości, stało się czymś nienaturalnym. Udajemy, że jesteśmy nieśmiertelni - pisze w swej książce Karolina Zwolenkiewicz, która w straciła dziecko w trakcie porodu.


Fot. Krzysztof Szatkowski / AG
ZOBACZ TAKŻE


Emilia Iwanciw: Dlaczego postanowiła pani opisać swoje przeżycia po stracie dziecka?

Karolina Zwolenkiewicz: - Jeden z powodów był taki, że nikt nie potrafił wtedy ze mną rozmawiać. Żadna z reakcji rodziny i znajomych na śmierć mojego synka nie była prawidłowa. A czasami zdarzał się totalny brak reakcji. Tak jakby nic się nie stało. A ja chciałam o tym opowiadać, przeżywać to ciągle od nowa. Każdy z rodziców w ten sposób przeżywa tę stratę. Nie chce słyszeć tekstów z cyklu "Weź się w garść", bo to oznacza tłumienie uczuć, odmawianie sobie prawa do odreagowania cierpienia. Po stracie dziecka trzeba rozpaczać po to, aby kolejne dzieci i te, które są na świecie, nie zostały kiedyś obciążone naszą rozpaczą.

W jaki sposób straciła pani dziecko?

- Zupełnie niespodziewanie. Cała ciąża przebiegała u mnie prawidłowo. Czułam się super. Nawet się jakoś bardzo nie denerwowałam, bo to nie było moje pierwsze dziecko. Mam już 12-letniego syna. Kiedy byłam w ósmym miesiącu, nagle odeszły mi wody. Pojechałam z moim narzeczonym do szpitala. Tam doszło do krwotoku, zrobiono mi cesarskie cięcie, ale nie udało się odratować dziecka. Dawid był reanimowany 20 minut. Ja byłam wtedy nieprzytomna, w bardzo ciężkim stanie, bo straciłam dużo krwi.

Co było przyczyną jego śmierci?

- Łożysko przodujące, którego nie zauważył lekarz, choć powinien. A ja powinnam leżeć od połowy ciąży pod stałą obserwacją w szpitalu. Ta sprawa od dwóch lat leży w sądzie, ale na razie bez wyroku. O jej kulisach nie chcę mówić.

Jak się pani czuła po wybudzeniu z narkozy?

- Byłam kompletnie zdezorientowana i otumaniona. Zostałam nafaszerowana taką ilością środków przeciwbólowych i nasennych, że nie wiedziałam, co się dzieje. Wszystko mi wisiało: czy ktoś mnie dziś odwiedzi czy nie. O śmierci synka poinformował mnie Maciej. Lekarze na niego zepchnęli to zadanie. Ale do mnie niewiele dotarło. Cały pobyt w szpitalu przeleżałam jak na jakimś haju. Nie przyszedł nikt, żeby ze mną o tym porozmawiać. Ani psycholog, ani lekarz. Lekarze wolą ogłupić pacjenta, niż z nim porozmawiać, wytłumaczyć, posłuchać, co ma do powiedzenia. Otępienie minęło mi dopiero kiedy wróciłam do domu.

Wtedy odstawiła pani leki?

- Przestałam je brać, wtedy zaczął się koszmar. Litrom wylanych łez towarzyszyło ciągłe obwinianie siebie, że może czegoś nie dopilnowałam i przede wszystkim lekarza, że był niekompetentny. Czułam straszliwą wściekłość, a potem ogromny ból. Jak na złość w głowie kłębiły mi się wspomnienia z czasu ciąży. Przewijałam je jak klisze w aparacie. Stawały przede mną momenty, kiedy wybieraliśmy łóżeczko, ubranka...Oprócz wózka mieliśmy już wszystko przygotowane. A teraz zamiast wózka kupowaliśmy trumnę.

Jak przeżywał to pani partner?

- Strasznie. On się kompletnie zamknął w sobie. Wszystko było na jego głowie: otumaniona ja, niezdająca sobie do końca sprawy z tego, co się stało, nasz starszy syn, obowiązki zawodowe, formalności związane z pogrzebem, telefony z wyjaśnieniami do znajomych i rodziny. Na początku mój narzeczony nie chciał za dużo rozmawiać, choć w środku wszystko w nim wyło z rozpaczy. Teraz, kiedy już się otrząsnął, chciałby założyć fundację, która pomagałaby ojcom w takiej sytuacji.

Dlaczego tylko ojcom, a nie całym rodzinom?

- Bo faceci śmierć zupełnie inaczej przeżywają. Zgrywają twardzieli, przybierają maski, prawie się nie odzywają. Jak roboty załatwiają sprawy, chodzą do pracy. A takie tłumienie uczuć potem odbija im się czkawką. Kobiety z kolei chcą o tym ciągle gadać i rozdrapywać rany. To lepsze niż milczenie. Niestety, bardzo często jest tak, że nikt z kobietą, która straciła dziecko, nie chce rozmawiać. To zbyt trudne zarówno dla jej przyjaciółki, jak i matki.

Dlatego tylko pierwsza część mojej książki jest pamiętnikowa, a druga to poradnik dla wszystkich: osieroconych rodziców, ich rodziny, znajomych, koleżanek z pracy. Aby wiedzieli, co powiedzieć i jak się zachować, żeby nie ranić.

Panią raniły reakcje otoczenia?

- Okrutnie. Kiedy przyszła do mnie bratowa w ciąży i opowiadała, co widziała na USG, ile waży jej dzidziuś, to nie mogłam tego słuchać. Nie czułam do niej nienawiści, tylko było mi niesamowicie przykro. Podobnie czułam się, kiedy ludzie nie potrafili zrozumieć, dlaczego codziennie chodzimy na cmentarz. Przekonywali nas, że to nie ma sensu. Trzeba zamknąć ten rozdział, przewrócić kartkę i zacząć od nowa. Najczęściej wypowiadane zdanie, które bardzo bolało, brzmiało: Jesteście młodzi, jeszcze będziecie mieć dzieci. Zastanawiało mnie, dlaczego ludzie tak mówią. Kiedy umiera kilkunastoletnie dziecko, nikt tak już nie powie. Takiego zdania nie można mówić do rodziców, bo nie da się zastąpić jednego dziecka drugim.

Ludzie mówią takie rzeczy nieświadomie. Pewnie chcą dobrze.

- Ja wiem, że ludzie chcą dobrze. To jest ich rodzaj pocieszenia, ale, niestety, krzywdzą tym rodziców. Takie gadanie umniejsza wagę śmierci mojego dziecka. Sugeruje, że właściwie nic się nie stało. Pogrążał mnie też kompletny brak reakcji ze strony niektórych znajomych. Ze strachu przed konfrontacją wiele osób w ogóle się wtedy do nas nie odezwało. Teraz, kiedy odzyskaliśmy z nimi kontakt, to nie ma tego tematu. Rozmawiamy o wszystkim dookoła, tak jakby nigdy nie zmarło nam dziecko. A nam wystarczyłoby jedno pytanie: jak się czujesz? Jak to jest? W jaki sposób mogę ci pomóc? Bo my chcieliśmy się tylko wygadać, nic więcej.

Ocena:

słabe

nic specjalnego

dobre

bardzo dobre

znakomite

4

1 głos

  • Ból po stracie dziecka - trzeba zamknąć ten roz... w_po1 01.07.07, 12:38

    Bardzo Pani zazdroszczę napisania tej książki. Jeszcze jej nie czytałam, ale ztego wywiadu wynika, że mam dokładnie takie same same spostrzeżenia i podobnezmiany w moim podejściu do życia »