Kasa zamiast do szpitala trafiła do kieszeni lekarzy

Anna Twardowska, współpraca Judyta Watoła
2010-07-24 , aktualizacja: 24.07.2010 11:05
A A A Drukuj
Pół miliona złotych stracił Szpital Uniwersytecki nr 1 na prowadzonych w lecznicy badaniach - wynika z raportu NIK. Pieniądze zamiast zasilać budżet szpitala, trafiały do kieszeni lekarzy
W klinice ortopedii Szpitala Uniwersyteckiego nr 1 prowadzone są właśnie badania nad nowym lekiem przeciwzakrzepowym. Tym razem umowa z firmą farmaceutyczną została już podpisana na nowych warunkach i szpital na pewno nie straci. Na zdjęciu Miłosz Domagała, lekarz, który wczoraj pełnił dyżur w klinice
Fot. Arkadiusz Wojtasiewicz / Ag
W klinice ortopedii Szpitala Uniwersyteckiego nr 1 prowadzone są właśnie badania nad nowym lekiem przeciwzakrzepowym. Tym razem umowa z firmą farmaceutyczną została już podpisana na nowych warunkach i szpital na pewno nie straci. Na zdjęciu Miłosz Domagała, lekarz, który wczoraj pełnił dyżur w klinice
NIK skontrolowała 13 szpitali, w których firmy farmaceutyczne zlecały najwięcej badań, w latach 2006-08 (nieoficjalne wyniki przedstawiła wczoraj "Gazeta"). Pod lupę kontrolerów trafił też bydgoski Jurasz. Okazało się, że szpital na wykonywaniu badań stracił 500 tys. zł. Stało się tak, bo lecznica nie oceniła realnych kosztów ponoszonych podczas prowadzenia badań, a faktury wystawiała na podstawie danych od firm farmaceutycznych.

Kontrolerzy ujawnili również, że w jednej z klinik prowadzone były badania, o których nie wiedziała dyrekcja szpitala. Wszystkie więc pieniądze, które koncern przekazał badaczowi, mogły teoretycznie w całości trafić do jego kieszeni.

NIK ustaliła także, że osoby prowadzące badania nie dzieliły się ze szpitalem dochodami w takich proporcjach, jak to było ustalone. Mieli przekazywać do kasy lecznicy 30 proc. sumy otrzymanej od firmy farmaceutycznej, ale w 20 przypadkach tak się nie stało.

Do łamania zasad dochodziło też przy przetargach. Osiem razy osoby zasiadające w komisjach przetargowych w Szpitalu Uniwersyteckim nr 1 złożyły fałszywe oświadczenia o braku powiązań z firmami startującymi w konkursach.

Jarosław Kozera, dyrektor szpitala, nie zna jeszcze wyników kontroli NIK. Objął stanowisko szefa lecznicy niecałe dwa miesiące temu. O wynikach pracy kontrolerów NIK usłyszał od "Gazety".

- To są porażające informacje. Po prostu część lekarzy uwłaszczyła się na publicznym majątku - mówi. - Na szczęście ten proceder został już ukrócony. Dzisiaj nie ma już możliwości, aby badacz podpisał umowę z firmą bez naszej wiedzy, albo żeby warunki współpracy były objęte tajemnicą. Od ubiegłego roku w każdych rozmowach dotyczących badań klinicznych uczestniczy prawnik. I to on indywidualnie negocjuje stawki dla szpitala, po wcześniejszym oszacowaniu kosztów, jakie poniesiemy w związku z prowadzonymi badaniami.

Kozera przyznaje, że wszystkich nieprawidłowości wytkniętych przez NIK nie uda mu się rozwiązać.

Przykład oświadczenia członków komisji przetargowych. - Nie jestem w stanie sprawdzić, czy dana osoba złożyła prawdziwe oświadczenie i faktycznie nie ma żadnych związków z firmą startującą w przetargu. Może przecież utrzymywać takie kontakty w prywatnej praktyce. Kto z kim współpracuje, wie tylko Urząd Skarbowy.

Co roku Centralna Ewidencja Badań Klinicznych (CEBK) rejestruje w Polsce ponad 450 nowych badań klinicznych, w których bierze udział od 30 do 40 tys. uczestników. Nakłady ponoszone w naszym kraju przez sponsorów badań klinicznych szacowane są na około miliard złotych rocznie - wynika z informacji Stowarzyszenia na rzecz Dobrej Praktyki Badań Klinicznych w Polsce.

Jak wygląda to w praktyce? Zanim lek trafi do badań w szpitalu, wcześniej przechodzi dwie fazy badań na ochotnikach. Potem koncern farmaceutyczny lub firma działająca na jego zlecenie szuka szpitali, które specjalizują się w leczeniu pacjentów z chorobą X i proponują lekarzom udział w badaniu. Jeśli medyk się zgodzi, do akcji wkracza prawnik, który ustala warunki współpracy i przedstawia koszty.

Zanim nowy medykament trafi do pacjentów, musi go zaopiniować komisja bioetyczna działająca przy Bydgoskiej Izbie Lekarskiej, której producent przedstawia wszystkie informacje o leku. Również pacjenci włączeni do badań są informowani o wszelkich możliwych konsekwencjach. Chorzy wyrażają pisemną zgodę, zanim przystąpią do testowania leku. Jakie koszty ponosi w tym układzie szpital? Okazuje się, że przed podaniem nowego leku pacjent czasem musi przejść dodatkowe badania, np. EKG czy tomografię. Za ich wykonanie na publicznym sprzęcie powinna zapłacić lecznicy firma zlecająca badanie.

Kozera poprosił już o przygotowanie raportu, z którego chce się dowiedzieć, ile pieniędzy z badań wpływa do kasy szpitala, po tym gdy umowy z koncernami negocjuje prawnik.





Najnowsze wiadomości

Podziel się

  • 2 komentarze
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    6 głosów

  • Kasa zamiast do szpitala trafiła do kieszeni le... asd1128 24.07.10, 20:36

    Jak wygląda to w praktyce? Zanim lek trafi do badań w szpitalu, wcześniej przechodzi dwie fazy badań na ochotnikach. Potem koncern farmaceutyczny lub firma działająca na jego zlecenie szuka »

  • Kasa zamiast do szpitala trafiła do kieszeni le... jagrudz 26.07.10, 20:26

    Kto winien możliwości tych przekrętów?Sejm ,senat,rząd ogólnie to wszyscy politycy, którzy dbają o własną kieszeń? a ci co nie protestują przeciw tym praktykom to co-poprostu banda/»

SERWISY SPECJALNE

Atrakcje Pomorza

Zobacz najciekawsze atrakcje Pomorza!

Dbam i segreguję

Ekologia i segregacja z REMONDIS

Jesteśmy na Facebooku