Chinka uczy angielskiego. I przybliża Chiny
2010-03-15
, aktualizacja: 15.03.2010 08:34
Dzięki swojej chińskiej nauczycielce uczniowie VIII LO mniej narzekają na obowiązki szkolne. - W Chinach lekcje trwają 14 godzin dziennie. My jednak mamy dużo lepiej - mówią licealiści
Siena Li Shengnan jest Chinką. Od dwóch miesięcy uczy po angielsku licealistów z "ósemki" kultury swego kraju. - To nie są zwykłe lekcje - mówi Kamil Hoppe, trzecioklasista. - Na nich dowiadujemy się mnóstwa ciekawych rzeczy związanych z Chinami. Siena nie tylko opowiada nam o codziennym życiu w swoim mieście, ale próbuje nas nauczyć podstaw chińskiego.
Próbuje, bo wszyscy uczniowie zgodnie przyznają, że kilka miesięcy to zdecydowanie za mało, żeby nauczyć się pisać poprawnie chociażby swoje imię. - To chyba najtrudniejsza rzecz na świecie! - mówi Bartek Spłocharski. - Jedna kreseczka narysowana pod ciut innym kątem zmienia znaczenie całego słowa. Siena opowiadała nam o lapsusach językowych obcokrajowców, którzy próbowali rozmawiać z nią w jej języku. Czasem zamiast być miłym, człowiek może powiedzieć naprawdę coś głupiego.
Siena przyjechała do Bydgoszczy jako uczestniczka międzynarodowego programu AIESEC. Za dwa tygodnie wraca do swojego rodzinnego miasta Chongqing. - Będę musiała z powrotem przyzwyczajać się do zatłoczonych ulic - mówi. - Moje miasto wcale nie jest jednym z największych w kraju, a i tak żyje w nim 30 milionów ludzi. Tutaj na ulicach są pustki.
Sienie brakuje też mahjonga. Tylko kilku uczniów z całej szkoły coś słyszało o tej niemalże narodowej chińskiej grze. Mahjong jest trochę podobny do domina, ale oprócz klocków używa się także kart. - U nas gra się wszędzie. Podczas spotkań rodzinnych, na herbacie z przyjaciółmi, właściwie przy większości rozmów musimy robić coś z rękami i bawimy się właśnie w mahjong - śmieje się Siena. - Chciałam nauczyć uczniów zasad tej gry, ale tutaj jest nie do zdobycia. Szok kulturowy bardziej przeżyli licealiści niż odwiedzająca po raz pierwszy w życiu Europę Siena. Chociaż i ona dowiedziała się o nas czegoś nowego. - Najbardziej zaskoczyła mnie polska wylewność, bo Europejczyków postrzegałam jako ludzi z dystansem - opowiada. - Tutaj po jednym dniu znajomości ludzie na pożegnanie rzucają się sobie na szyję. U nas podanie ręki to jest granica, której się nie przekracza. No i cieszę się, że przyjechałam tutaj zimą - po raz pierwszy w życiu zobaczyłam śnieg.
Siena przyznaje, że musiała się trochę napracować, żeby rozprawić się ze stereotypami o Chinach siedzącymi w głowach młodych bydgoszczan. - Chyba najbardziej zdziwili mnie pytaniem, czy na drugie danie jemy gotowane psy - śmieje się.
Dzięki Sienie uczniowie poznali też trochę chińską operę. - Już wiemy, że wcale nie polega na pięknych ariach i występach chóru, tylko na wydawaniu z siebie dziwnych, pojedynczych dźwięków - mówi Kamil. - W naszej kulturze takie dźwięki raczej budzą śmiech, a tam zaliczane są do jednej z największych sztuk. Poza tym dowiedzieliśmy się sporo o chińskich znakach zodiaku, o festiwalach, świętach, kuchni i oczywiście rytuale zaparzania herbaty.
Niektórzy tak bardzo wciągnęli się w zajęcia, że na własną rękę zaczęli poszerzać swoją wiedzę o tym dalekim kraju. - W naszej kulturze smok to potwór, który pożera księżniczki w bajkach, a w Chinach to całkiem przyjazne zwierzę, taki nasz pluszowy miś - opowiada Bartek. - Poza tym teraz już nie będziemy narzekać na obowiązki szkolne, bo Siena opowiedziała nam, że lekcje w jej kraju trwają 14 godzin dziennie, a wakacje i tak wszyscy poświęcają na naukę i myślą o karierze, a nie o zabawie. Kiedyś tam pojadę. No i może uda mi się w końcu wykaligrafować poprawnie swoje imię.
Próbuje, bo wszyscy uczniowie zgodnie przyznają, że kilka miesięcy to zdecydowanie za mało, żeby nauczyć się pisać poprawnie chociażby swoje imię. - To chyba najtrudniejsza rzecz na świecie! - mówi Bartek Spłocharski. - Jedna kreseczka narysowana pod ciut innym kątem zmienia znaczenie całego słowa. Siena opowiadała nam o lapsusach językowych obcokrajowców, którzy próbowali rozmawiać z nią w jej języku. Czasem zamiast być miłym, człowiek może powiedzieć naprawdę coś głupiego.
Siena przyjechała do Bydgoszczy jako uczestniczka międzynarodowego programu AIESEC. Za dwa tygodnie wraca do swojego rodzinnego miasta Chongqing. - Będę musiała z powrotem przyzwyczajać się do zatłoczonych ulic - mówi. - Moje miasto wcale nie jest jednym z największych w kraju, a i tak żyje w nim 30 milionów ludzi. Tutaj na ulicach są pustki.
Sienie brakuje też mahjonga. Tylko kilku uczniów z całej szkoły coś słyszało o tej niemalże narodowej chińskiej grze. Mahjong jest trochę podobny do domina, ale oprócz klocków używa się także kart. - U nas gra się wszędzie. Podczas spotkań rodzinnych, na herbacie z przyjaciółmi, właściwie przy większości rozmów musimy robić coś z rękami i bawimy się właśnie w mahjong - śmieje się Siena. - Chciałam nauczyć uczniów zasad tej gry, ale tutaj jest nie do zdobycia. Szok kulturowy bardziej przeżyli licealiści niż odwiedzająca po raz pierwszy w życiu Europę Siena. Chociaż i ona dowiedziała się o nas czegoś nowego. - Najbardziej zaskoczyła mnie polska wylewność, bo Europejczyków postrzegałam jako ludzi z dystansem - opowiada. - Tutaj po jednym dniu znajomości ludzie na pożegnanie rzucają się sobie na szyję. U nas podanie ręki to jest granica, której się nie przekracza. No i cieszę się, że przyjechałam tutaj zimą - po raz pierwszy w życiu zobaczyłam śnieg.
Siena przyznaje, że musiała się trochę napracować, żeby rozprawić się ze stereotypami o Chinach siedzącymi w głowach młodych bydgoszczan. - Chyba najbardziej zdziwili mnie pytaniem, czy na drugie danie jemy gotowane psy - śmieje się.
Dzięki Sienie uczniowie poznali też trochę chińską operę. - Już wiemy, że wcale nie polega na pięknych ariach i występach chóru, tylko na wydawaniu z siebie dziwnych, pojedynczych dźwięków - mówi Kamil. - W naszej kulturze takie dźwięki raczej budzą śmiech, a tam zaliczane są do jednej z największych sztuk. Poza tym dowiedzieliśmy się sporo o chińskich znakach zodiaku, o festiwalach, świętach, kuchni i oczywiście rytuale zaparzania herbaty.
Niektórzy tak bardzo wciągnęli się w zajęcia, że na własną rękę zaczęli poszerzać swoją wiedzę o tym dalekim kraju. - W naszej kulturze smok to potwór, który pożera księżniczki w bajkach, a w Chinach to całkiem przyjazne zwierzę, taki nasz pluszowy miś - opowiada Bartek. - Poza tym teraz już nie będziemy narzekać na obowiązki szkolne, bo Siena opowiedziała nam, że lekcje w jej kraju trwają 14 godzin dziennie, a wakacje i tak wszyscy poświęcają na naukę i myślą o karierze, a nie o zabawie. Kiedyś tam pojadę. No i może uda mi się w końcu wykaligrafować poprawnie swoje imię.
Najnowsze wiadomości
- 8 komentarzy
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
21 głosów
-
Chinka uczy angielskiego. I przybliża Chiny
xhon
16.03.10, 08:55
Madżonga można kupić w niektórych internetowych sklepach z grami, np tutaj www.planszomania.pl/tradycyjne/321/Madzong.html»
-
Chiny to duży kraj, ponad 1.3 mld ludzi
pensioner63
16.03.10, 09:38
Mam od kilku lat przyjaciółkę Chinkę. Faktycznie język chiński jest trudny alełatwiej jest nauczyć się czytać niż rozumieć ich mowę. Najtrudniej jest mówić,bo ich głoski mają cztery różne »
-
bez przesady
polsz
16.03.10, 11:14
za Wikipedią: Chongqing (wym. czchung-ćśing) to miasto wydzielone w ChińskiejRepublice Ludowej. Powstało po wydzieleniu z terytorium prowincji Syczuan w1997 roku. Cała jednostka »
Najczęściej czytane24 htydzień






