Analiza "Gazety": Na oświatowej wojnie wszyscy stracą

Andrzej Tyczyno
2010-03-13 , aktualizacja: 13.03.2010 11:13
A A A Drukuj
Ratusz ma rację w oświatowym konflikcie z sąsiednimi gminami. Jeśli jednak się z nimi nie dogada, w tej batalii nie będzie wygranych. A najbardziej ucierpią dzieci
Fabian Orlicki z Niemcza uczy się w gimnazjum autorskim przy I LO
Fot. Tymon Markowski / Agencja Gazeta
Fabian Orlicki z Niemcza uczy się w gimnazjum autorskim przy I LO
ZOBACZ TAKŻE


Konflikt między Bydgoszczą a jej sąsiadami o przedszkola i szkoły rozgorzał na dobre. Obie strony bardziej grają na emocjach niż rzetelnie przedstawiają fakty. Zacznijmy więc od tych faktów.

Subwencja to za mało

Z przedszkolami sprawa jest prosta i czysta. Są teraz towarem deficytowym, więc prezydent Konstanty Dombrowicz zdecydował, że w pierwszej kolejności będą przyjmowane do nich bydgoskie dzieci. Jeśli zostaną wolne miejsce, mogą zajmować je dzieci naszych sąsiadów. Drzwi przed nimi nie są zamknięte, bo ościenne gminy karnie płacą za tę usługę. Oczywiście traktowanie po macoszemu ludzi mieszkających tuż za rogatkami miasta i w nim pracujących może budzić kontrowersje, ale ratusz ma prawo do takiej decyzji. Reguły są spójne i logiczne.

Dużo bardziej skomplikowana sytuacja jest z podstawówkami i gimnazjami. Taka sama zasada obowiązuje w całym kraju - do gminy, w której uczeń chodzi do szkoły, wpływa subwencja oświatowa, czyli pieniądze z budżetu państwa na edukację. Sęk w tym, że tych pieniędzy w większości przypadków jest za mało. Innymi słowy: subwencje wszystkich uczniów danej szkoły nie wystarczają na jej utrzymanie. W Bydgoszczy pokrywają średnio nieco ponad 80 proc. kosztów. Resztę musi dołożyć samorząd.

Problem w tym, że do naszych szkół uczęszczają dzieci z innych gmin. Gmin, które ani myślą za to płacić. W ubiegłym roku w podstawówkach i gimnazjach uczyło się prawie 1300 takich osób. Do ich edukacji miasto musiało dołożyć 2,7 mln zł.

Ratusz myśli więc tak: gdybyśmy wyegzekwowali te pieniądze, mielibyśmy więcej kasy choćby na remonty szkół. I zgodnie z zasadami sprawiedliwości społecznej ma rację - niby dlaczego ma płacić za nie swoje dzieci? Ale mieć rację to jedno, a ją wyegzekwować to już zupełnie inna bajka.

Prezydent stawia ultimatum

Dlaczego nasi sąsiedzi nie płacą? Bo są to dla nich spore pieniądze. W przypadku Białych Błot, Osielska i Sicienka w grę wchodzą sumy rzędu kilkuset tysięcy złotych. Niektórzy - mam wrażenie - nie widzą potrzeby płacenia, bo nie do końca rozumieją zasady finansowania oświaty. Inni wykazują się po prostu cwaniactwem - dotąd uchodziło im to na sucho, więc zaoszczędzone fundusze mogli wydać np. na drogi.

Nic więc dziwnego, że prezydent Dombrowicz naprężył muskuły i zapowiedział: albo płacicie, albo nie przyjmujemy waszych uczniów do pierwszych klas. I podniósł się płacz, na razie głównie rodziców zdolnych dzieci z przedmieść. Bo oni widzieliby swoje w pociechy w bydgoskich gimnazjach autorskich przy liceach czy też w klasach sportowych. U siebie takich nie mają.

Co się teraz wydarzy? Ideałem byłoby, gdyby wójtowie pod naciskiem rodziców zaczęli płacić. Ale ze wstępnych deklaracji na to się nie zanosi, choć mają dużo do stracenia. Po pierwsze, staną przed wyzwaniem zreorganizowania swoich szkół. To do nich trafią przecież ci, dla których droga do edukacji w Bydgoszczy zostanie zamknięta. Taka reorganizacja będzie kosztować. Po drugie, narażą się na gniew wyborców, którym zależy na swoich pociechach.

Co będzie jeśli mimo wszystko postawią na swoim i nie zapłacą? Ratusz stanie przed dylematem: albo wycofać się rakiem (czekając aż pod naciskiem innych wzburzonych miast ministerstwo coś w końcu z tym fantem zrobi), albo twardo trwać przy swoim. Oba wyjścia nie są dobre.

Trzeba będzie zwolnić nauczycieli

Załóżmy, że miasto rzeczywiście nie wpuści uczniów z zewnątrz. - I dobrze - zakrzyknie ktoś. - Oszczędzimy mnóstwo pieniędzy.

Otóż, nie. O te oszczędności nie będzie tak łatwo. I prezydent dobrze o tym wie.

Spójrzmy na to matematycznie: koszty utrzymania szkół = subwencje na bydgoskich uczniów + dopłaty do bydgoskich uczniów + subwencje na obcych uczniów + dopłaty do obcych uczniów. Co się stanie jeśli pozbędziemy się "obcych"? Ano (z pozoru, o tym za chwilę) zaoszczędzimy na dopłacie na nich (przypomnijmy - to 2,7 mln zł). Do szkół nie wpłyną jednak też ich subwencje. A to suma prawie cztery razy wyższa.

Co to oznacza? Że jeśli chcielibyśmy zachować szkoły w takim kształcie, w jakim teraz są - musielibyśmy taką sumę dokładać z budżetu. Oczywiście te szkoły byłyby pustsze o tych 1300 uczniów z zewnątrz. Bydgoskie dzieci mogłyby więc teoretycznie na tym zyskać - uczyłyby się w niej licznych klasach. Hola, hola... Ratusz oczywiście nie zgodzi się na takie "rozpasanie" - będzie ciął koszty.

- Zaraz - powie ktoś. - Przecież coś oszczędzimy na tych, których wyrzuciliśmy.

To prawda: uczniowie zużyją mniej wody, nauczyciele mniej papieru do drukarek, rzadziej będzie trzeba wywozić śmieci, etc. Ale to są grosze. Tak naprawdę większość pieniędzy w każdej firmie pożerają płace. Oszczędności oznaczać więc będą łączenie klas, może likwidację jakiejś szkoły, a co za tym idzie - zwolnienia nauczycieli. I nie będą to kosmetyczne redukcję kilku etatów, to pójdzie w dziesiątki.

Ten proces, który opisałem, nie będzie gwałtowny. Nie można bowiem wyrzucić tych, którzy już zaczęli naukę. Drastyczny efekt finalny uzyskamy więc za ponad pięć lat (kiedy naukę w naszych podstawówkach zakończą ostatni "obcy"). Pięć lat to szmat czasu, dużo może się zmienić w finansowaniu oświaty. To też wystarczająco długi okres, by opisaną przeze mnie restrukturyzację przeprowadzić. Ale jeśli do niej dojdzie, spora grupa nauczycieli znajdzie się na zasiłku.

Najwięcej oczywiście stracą zdolne i ambitne dzieci z przedmieść. Albo będą się dusić w szkole w swojej gminie, albo będą musieli wyjechać do innego miasta (np. Torunia). Na ich braku straci też Bydgoszcz - lepiej mieć u siebie uczniów aktywnych, takich, którzy wygrywają olimpiady czy organizują akcje charytatywne.

Zgoda buduje...

Jakie jest wyjście z tej patowej sytuacji? Najlepiej byłoby się po prostu dogadać. O to może być jednak trudno w roku wyborczym, kiedy obowiązuje zasada "nie ustąpimy na krok". I to w sytuacji, kiedy stosunki Bydgoszczy z najbliższymi sąsiadami - a ci posyłają do nas najwięcej dzieci - nie są najlepsze. Dombrowicz już przedstawia ten problem tak: "Patrzcie, jak walczę dla dobra bydgoskich dzieci". Nie do końca prawdziwe wobec powyższych obliczeń? Co z tego, ważne, że skuteczne.

Mogę tylko zaapelować do rozsądku polityków: znajdźcie kompromis. Niech Bydgoszcz spuści nieco z tonu, licząc na zwrot chociaż części pieniędzy. Niech gminy tę część wezmą na swoje barki. Inaczej w waszych swarach zostanie utopiony interes tych, dla których przecież walczycie o jak najlepszą edukację - dzieciaków.



Blog autora: www.tyczynoandrzej.blox.pl

Najnowsze wiadomości

Podziel się

  • 19 komentarzy
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    6 głosów

  • Analiza "Gazety": Na oświatowej wojnie wszyscy ... artfor159 13.03.10, 08:49

    Bydgoszcz jak dojna krowa.Każda z podbydgoskich miejscowości korzysta z bliskości dużego miasta. Gdybyleżały gdzieś dalej, byłyby zapyziałymi wsiami. Jednak zamiast współpracować zmiastem, »

  • Re: Analiza "Gazety": Na oświatowej wojnie wszysc haial 13.03.10, 12:04

    Do artykułu należy dodać jeszcze jden efekt związany z potencjalnym ucieciemdostepu do bydgoskich szkol:Masowe fikcyjne przemeldowywanie sie dzieci z gmin osciennych do babci i wujkowco »

  • Analiza "Gazety": Na oświatowej wojnie wszyscy ... pollga 15.03.10, 07:26

    czy miasto zaoszczędzi na nauczycielach? nie sądzę - masowo przebywać będą na rocznych urlopach zdrowotnych, czyli będzie im sie płacić za to, że ich nie ma w pracy, a potem jeszcze »

SERWISY SPECJALNE

Atrakcje Pomorza

Zobacz najciekawsze atrakcje Pomorza!

Dbam i segreguję

Ekologia i segregacja z REMONDIS

Jesteśmy na Facebooku