Niech serce boli. Szpital zamyka stratny oddział
2010-02-24
, aktualizacja: 24.02.2010 08:13
Szpital Miejski zamyka oddział rehabilitacji kardiologicznej, bo musi do niego dokładać. Przerażeni pacjenci piszą do NFZ, ale fundusz nie chce pomóc
Zenon Witkowski jest prezesem Fundacji Corda Cordis. Organizacja pomaga pacjentom po operacjach kardiochirurgicznych. - Szesnaście lat temu przeszedłem zawał, potem operację wszczepienia by-passów. Miałem szczęście, trafiłem na rehabilitację do Inowrocławia. Lekarka, która się mną opiekowała, była dla mnie skarbnicą mądrości. Dzięki niej zmieniłem swoje nawyki, zacząłem ćwiczyć, rzuciłem palenie i po kilku tygodniach wróciłem do pracy. Gdyby nie jej pomoc, pewnie trafiłbym na rentę. Minęło tyle czasu, a ja żyję normalnie - mówi.
Witkowski na rehabilitację pojechał do sąsiedniego miasta. Dzisiaj pacjenci z Bydgoszczy nie muszą wyjeżdżać. Kilka dni po operacji trafiają do lecznicy miejskiej i przygotowują się do nowego życia pod okiem rehabilitantów, kardiologów, psychologów. - Zabieg kardiochirurgiczny to dzieło sztuki, ale można je zepsuć nieodpowiednim zachowaniem. Naszym zadaniem jest nie dopuścić do tego, żeby np. pacjentowi pęknął mostek przez jakieś nierozsądne postępowanie - mówi Andrzej Hoffmann, ordynator oddziału kardiologii i rehabilitacji kardiologicznej w Szpitalu Miejskim.
Na oddziale lekarze sprawdzają wydolność fizyczną pacjenta, potem rozpoczynają pierwsze ćwiczenia. Chorzy uczą się tutaj także oddychania. - Wcześniej zaintubowani, odczuwają ból, gdy oddychają po staremu, muszą się uczyć tego od nowa - wyjaśnia Hoffmann.
Wiele pracy na oddziale ma też psycholog. Człowiek po przebytym zawale często boi się, że tzw. incydent kardiologiczny znowu się powtórzy. W grupie innych chorych i po spotkaniach z osobami, które wyzdrowiały, ten lęk maleje.
95-proc. pacjentów oddziału rehabilitacji kardiologicznej w Szpitalu Miejskim to osoby po operacjach. Tutaj trafiają m.in. pacjenci profesora Lecha Anisimowicza, wojewódzkiego konsultanta w dziedzinie kardiochirurgii. - Taki oddział jest w Bydgoszczy potrzebny. Mamy przecież tutaj dwa duże oddziały kardiologii, oddział kardiochirurgii. Gdzieś tych chorych trzeba umieszczać. Wprawdzie rehabilitacja kardiologiczna jest też w Inowrocławiu i Ciechocinku, ale tam organizowane są sanatoryjne turnusy, na które dłużej się czeka - ubolewa profesor.
Dyrekcja Szpitala Miejskiego zdecydowała się na likwidację oddziału, bo twierdzi, że musi do niego dopłacać - średnio 100 tys. zł rocznie. - Gdy podpisywałem umowę z NFZ mówiłem, że pieniędzy jest za mało. Urzędnicy funduszu obiecali, że dołożą. Nie zrobili tego, a ja nie mogę kredytować leczenia - tłumaczy Krzysztof Tadrzak, dyrektor szpitala.
Fundacja Corda Cordis w imieniu byłych pacjentów napisała do NFZ z prośbą o dofinansowanie oddziału. Andrzej Purzycki, zastępca dyrektora ds. lecznictwa NFZ w Bydgoszczy jest nieugięty: - Szpital zerwał umowę, nie my. Na świadczenie usług z dziedziny rehabilitacji kardiologicznej był ogłoszony konkurs, dyrektor wiedział, jaka jest stawka i zdecydował się podpisać z nami kontrakt.
Witkowski na rehabilitację pojechał do sąsiedniego miasta. Dzisiaj pacjenci z Bydgoszczy nie muszą wyjeżdżać. Kilka dni po operacji trafiają do lecznicy miejskiej i przygotowują się do nowego życia pod okiem rehabilitantów, kardiologów, psychologów. - Zabieg kardiochirurgiczny to dzieło sztuki, ale można je zepsuć nieodpowiednim zachowaniem. Naszym zadaniem jest nie dopuścić do tego, żeby np. pacjentowi pęknął mostek przez jakieś nierozsądne postępowanie - mówi Andrzej Hoffmann, ordynator oddziału kardiologii i rehabilitacji kardiologicznej w Szpitalu Miejskim.
Na oddziale lekarze sprawdzają wydolność fizyczną pacjenta, potem rozpoczynają pierwsze ćwiczenia. Chorzy uczą się tutaj także oddychania. - Wcześniej zaintubowani, odczuwają ból, gdy oddychają po staremu, muszą się uczyć tego od nowa - wyjaśnia Hoffmann.
Wiele pracy na oddziale ma też psycholog. Człowiek po przebytym zawale często boi się, że tzw. incydent kardiologiczny znowu się powtórzy. W grupie innych chorych i po spotkaniach z osobami, które wyzdrowiały, ten lęk maleje.
95-proc. pacjentów oddziału rehabilitacji kardiologicznej w Szpitalu Miejskim to osoby po operacjach. Tutaj trafiają m.in. pacjenci profesora Lecha Anisimowicza, wojewódzkiego konsultanta w dziedzinie kardiochirurgii. - Taki oddział jest w Bydgoszczy potrzebny. Mamy przecież tutaj dwa duże oddziały kardiologii, oddział kardiochirurgii. Gdzieś tych chorych trzeba umieszczać. Wprawdzie rehabilitacja kardiologiczna jest też w Inowrocławiu i Ciechocinku, ale tam organizowane są sanatoryjne turnusy, na które dłużej się czeka - ubolewa profesor.
Dyrekcja Szpitala Miejskiego zdecydowała się na likwidację oddziału, bo twierdzi, że musi do niego dopłacać - średnio 100 tys. zł rocznie. - Gdy podpisywałem umowę z NFZ mówiłem, że pieniędzy jest za mało. Urzędnicy funduszu obiecali, że dołożą. Nie zrobili tego, a ja nie mogę kredytować leczenia - tłumaczy Krzysztof Tadrzak, dyrektor szpitala.
Fundacja Corda Cordis w imieniu byłych pacjentów napisała do NFZ z prośbą o dofinansowanie oddziału. Andrzej Purzycki, zastępca dyrektora ds. lecznictwa NFZ w Bydgoszczy jest nieugięty: - Szpital zerwał umowę, nie my. Na świadczenie usług z dziedziny rehabilitacji kardiologicznej był ogłoszony konkurs, dyrektor wiedział, jaka jest stawka i zdecydował się podpisać z nami kontrakt.
Najnowsze wiadomości
- Dodaj komentarz
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
2 głosy






