Szpitale będą walczyć o pieniądze przed sądem
2010-02-20
, aktualizacja: 20.02.2010 00:30
Szpitale pod murem. Wydały miliony złotych na leczenie pacjentów, za których NFZ nie chce im zapłacić. - Jeśli nie pomogą negocjacje, będzie sąd - zapowiada Krzysztof Tadrzak, dyrektor miejskiej lecznicy

Fot. Arkadiusz Wojtasiewicz / Agencja Gazeta
Klinika chirurgii ogólnej szpitala uniwersyteckiego im. Biziela, którą kieruje prof. Arkadiusz Jawień (na zdjęciu), już na koniec lipca 2009 roku musiała wstrzymać przyjmowanie pacjentów czekających w kolejce na operacje żylaków, przepuklin pachwinowych i brzusznych czy usuwanie torbieli
Szpital Uniwersytecki nr 1 im. dr. A. Jurasza. W 2009 roku przyjął setki nieujętych w limicie pacjentów, których leczenie kosztowało 19 mln zł.
- To są nasze nadwykonania, czyli chorzy, których powinniśmy odesłać z kwitkiem, bo musieliśmy finansować ich leczenie z własnej kieszeni - mówi Przemysław Paciorek, dyrektor ds. lecznictwa w Juraszu.
W drugim szpitalu klinicznym im. dr. J. Biziela leczenie na kredyt uszczupliło budżet o 7 mln zł.
- U mnie o pięć milionów - mówi dyrektor szpitala miejskiego. - Ale to 10-procent rocznego kontraktu, więc dla nas bardzo wiele.
Dyrektorzy szpitali liczą, że wydane pieniądze uda się odzyskać po negocjacjach z NFZ. - Jeśli rozmowy nic nie dadzą, wtedy skieruję sprawę do sądu - mówi Tadrzak.
Takiej możliwości nie wykluczają też szefowie lecznic uniwersyteckich. - Najpierw dyplomacja, jeśli ona zawiedzie, to prawdopodobnie dyrektorzy zdecydują się na drogę sądową - mówi Kamila Wiecińska, rzeczniczka lecznic uniwersyteckich i podkreśla: - Rozliczenia z funduszem za ubiegły rok jeszcze trwają, więc te kwoty nadwykonań mogą okazać się niższe.
Dlaczego lecznice się zadłużyły? Mechanizm jest taki: każdy szpital podpisuje umowę z NFZ. Jeśli przekroczy jej wysokość i dalej przyjmuje chorych, naraża się na straty. Aby odzyskać pieniądze, trzeba udowodnić funduszowi, że przyjęte osoby były w stanie zagrożenia zdrowia lub życia i nie można było ustawić ich w kolejce.
Kłopoty pojawiły się w ubiegłym roku. - Za nadwykonania w 2008 roku zapłaciliśmy wszystkim - mówi Barbara Nawrocka, rzecznik NFZ w Bydgoszczy. - Ale jak będzie teraz, to nie wiadomo. Informowaliśmy dyrektorów już w styczniu 2009 roku, żeby nie wydawali więcej niż to, co mają zapisane w umowie, bo wpływy ze składek zdrowotnych są mniejsze i nie będziemy mieli dodatkowych pieniędzy.
Szpitale rzeczywiście "wyhamowały" i w połowie 2009 roku już starały się ograniczać liczbę przyjmowanych pacjentów. Ale długów nie udało się uniknąć. - Żaden lekarz na pierwszy rzut oka nie jest w stanie ocenić, czy pacjent musi być przyjęty od razu, czy może zaczekać. Trzeba go zbadać, a to przecież kosztuje. Ale nie ma innego sposobu weryfikacji stanu zdrowia pacjenta - stwierdza Paciorek.
Sytuacja Jurasza jest wyjątkowo trudna. Dług urósł tutaj już do 125 mln zł. Komornik zajmuje konto, więc od kilku miesięcy pracownicy szpitala dostają wynagrodzenia z opóźnieniem. Zastrzyk pieniędzy z nadwykonań skutecznie podreperowałby finanse lecznicy.
Nawrocka: - W tym momencie nie mamy pieniędzy, więc nie jesteśmy w stanie zapłacić nic ponad to, do czego obliguje nas umowa ze szpitalami. Podobnie jak rok temu prosiliśmy dyrektorów lecznic, żeby trzymali reżim finansowy, bo nie wiadomo, czy kryzys gospodarczy już minął i wpływy ze składki zdrowotnej zaczną rosnąć.
Szefowie lecznic już od początku roku, zastosowali się do zaleceń funduszu. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Kolejki pacjentów, czekających na przyjęcie do specjalisty czy na zabieg są coraz dłuższe. Choć to dopiero luty, to w przychodniach przyszpitalnych rejestracja prowadzona jest najczęściej już na drugą połowę roku.
- To są nasze nadwykonania, czyli chorzy, których powinniśmy odesłać z kwitkiem, bo musieliśmy finansować ich leczenie z własnej kieszeni - mówi Przemysław Paciorek, dyrektor ds. lecznictwa w Juraszu.
W drugim szpitalu klinicznym im. dr. J. Biziela leczenie na kredyt uszczupliło budżet o 7 mln zł.
- U mnie o pięć milionów - mówi dyrektor szpitala miejskiego. - Ale to 10-procent rocznego kontraktu, więc dla nas bardzo wiele.
Dyrektorzy szpitali liczą, że wydane pieniądze uda się odzyskać po negocjacjach z NFZ. - Jeśli rozmowy nic nie dadzą, wtedy skieruję sprawę do sądu - mówi Tadrzak.
Takiej możliwości nie wykluczają też szefowie lecznic uniwersyteckich. - Najpierw dyplomacja, jeśli ona zawiedzie, to prawdopodobnie dyrektorzy zdecydują się na drogę sądową - mówi Kamila Wiecińska, rzeczniczka lecznic uniwersyteckich i podkreśla: - Rozliczenia z funduszem za ubiegły rok jeszcze trwają, więc te kwoty nadwykonań mogą okazać się niższe.
Dlaczego lecznice się zadłużyły? Mechanizm jest taki: każdy szpital podpisuje umowę z NFZ. Jeśli przekroczy jej wysokość i dalej przyjmuje chorych, naraża się na straty. Aby odzyskać pieniądze, trzeba udowodnić funduszowi, że przyjęte osoby były w stanie zagrożenia zdrowia lub życia i nie można było ustawić ich w kolejce.
Kłopoty pojawiły się w ubiegłym roku. - Za nadwykonania w 2008 roku zapłaciliśmy wszystkim - mówi Barbara Nawrocka, rzecznik NFZ w Bydgoszczy. - Ale jak będzie teraz, to nie wiadomo. Informowaliśmy dyrektorów już w styczniu 2009 roku, żeby nie wydawali więcej niż to, co mają zapisane w umowie, bo wpływy ze składek zdrowotnych są mniejsze i nie będziemy mieli dodatkowych pieniędzy.
Szpitale rzeczywiście "wyhamowały" i w połowie 2009 roku już starały się ograniczać liczbę przyjmowanych pacjentów. Ale długów nie udało się uniknąć. - Żaden lekarz na pierwszy rzut oka nie jest w stanie ocenić, czy pacjent musi być przyjęty od razu, czy może zaczekać. Trzeba go zbadać, a to przecież kosztuje. Ale nie ma innego sposobu weryfikacji stanu zdrowia pacjenta - stwierdza Paciorek.
Sytuacja Jurasza jest wyjątkowo trudna. Dług urósł tutaj już do 125 mln zł. Komornik zajmuje konto, więc od kilku miesięcy pracownicy szpitala dostają wynagrodzenia z opóźnieniem. Zastrzyk pieniędzy z nadwykonań skutecznie podreperowałby finanse lecznicy.
Nawrocka: - W tym momencie nie mamy pieniędzy, więc nie jesteśmy w stanie zapłacić nic ponad to, do czego obliguje nas umowa ze szpitalami. Podobnie jak rok temu prosiliśmy dyrektorów lecznic, żeby trzymali reżim finansowy, bo nie wiadomo, czy kryzys gospodarczy już minął i wpływy ze składki zdrowotnej zaczną rosnąć.
Szefowie lecznic już od początku roku, zastosowali się do zaleceń funduszu. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Kolejki pacjentów, czekających na przyjęcie do specjalisty czy na zabieg są coraz dłuższe. Choć to dopiero luty, to w przychodniach przyszpitalnych rejestracja prowadzona jest najczęściej już na drugą połowę roku.
Najnowsze wiadomości
- 1 komentarz
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
1 głos
-
Szpitale będą walczyć o pieniądze przed sądem
bozorn
21.02.10, 12:00
Skandal! Całe życie człowiek płaci, a kiedy potrzebuje skorzystac z pomocylekarskiej, czeka pół roku, żeby się zapisac. Rozumiem lekarzy, są w trudnejsytuacji, bo jakże postawić diagnozę o »
Najczęściej czytane24 htydzień






