Poszkodowani tłoczą się na korytarzach urzędów
2010-02-04
, aktualizacja: 04.02.2010 10:24
Emeryci, którzy podczas okupacji byli wywożeni i zmuszani do pracy, tłoczą się w Urzędzie Wojewódzkim, by złożyć wniosek o dopłatę. - Przecież te dokumenty ma już ZUS. Po co jeszcze raz mamy z nimi przychodzić? - pytają. Urzędnicy rozkładają ręce

Fot. Arkadiusz Wojtasiewicz / Ag
- Wszystkie schorzenia mam w spadku po Hitlerze - opowiada 81-letnia Krystyna Atamańska i pokazuje niemieckie dokumenty, potwierdzające jej pobyt w obozie. - Miałam 15 lat i kopałam rowy. Moje papiery ma ZUS, bo potrzebował ich, by pracę niewolniczą doliczyć do stażu pracy. Po co każą przynosić tę teczkę kolejny raz? - denerwuje się. Niektórzy emeryci w kolejce czekali ponad godzinę. I niewiele załatwili. - Tłumaczyli mi, jakie dokumenty mam przynieść, ale już nic nie pamiętam - mówi kobieta w futrzanej czapce, która właśnie wyszła z biura.
Chodzi o tych ludzi, którzy w latach okupacji byli deportowani do pracy przymusowej na ziemie należące do przedwojennego państwa polskiego. Jak pani Halina z Wilczaka (prosi o anonimowość). Dziś 86-latka.
- Pracowałam w wiosce niedaleko Szubina - opowiada staruszka. - Miałam 14 lat, gdy zaczęłam robotę u gospodarza. Śmieję się przez łzy, wspominając ten czas. Musiałam wozić ciężkie taczki z kankami mleka, doić kilkanaście krów, a pojęcia o tym nie miałam. Za pierwszym razem przy byku usiadłam.
W 1993 r. udokumentowała swoją pracę. Dostała odszkodowanie (5 mln starych zł). I Zakład Ubezpieczeń Społecznych wliczył czas niewolniczej pracy do stażu zawodowego. Ale dodatku do emerytury nie przyznał. Bo dotąd należał on się tylko tym, którzy byli deportowani do przymusowej pracy poza krajem.
W grudniu Trybunał Konstytucyjny uznał, że to niezgodne z konstytucją. I że dopłaty należą się także tym, którzy niewolniczo pracowali na ziemiach polskich. Właśnie to orzeczenie jest przyczyną całego zamieszania. Sprawę nagłośniły media. Emeryci szturmem rzucili się do składania wniosków.
W bydgoskim Urzędzie Wojewódzkim tłoczą się od poniedziałku. Pod biurem Stowarzyszenia Polaków Poszkodowanych przez III Rzeszę, które przyjmuje dokumenty, codziennie ustawia się ok. 50 starszych osób.
Najmłodsi mają 74 lata. Nielicznym (we wtorek złożyło wniosek zaledwie siedem osób) udaje się załatwić sprawę za pierwszym razem. Dziwią się, dlaczego po raz kolejny muszą przynosić te same dokumenty, które już ma ZUS albo Fundacja Polsko-Niemieckie Pojednanie. Ale walcząc o każdy dodatkowy grosz do skromnych emerytur, karnie ustawiają się w ogonku.
- Trzeba zmuszać starszych ludzi do bieganiny między urzędami? Nie możecie poprosić ZUS-u, by przesłał niezbędną dokumentację? - pytam.
- ZUS na to nie pójdzie - ucina Helena Eckert ze stowarzyszenia. - Każdemu piszemy na karteczce, czego potrzebujemy. On udaje się z tym do ZUS-u i wraca do nas z kopiami dokumentów, które złożył tam wcześniej. Zresztą emeryt nie musi stawiać się u nas osobiście. Może przyjść ktoś z rodziny.
Rzeczywiście - wielu starszych ludzi już nie jest w stanie przyjść. Proszą o pomoc krewnych. Najczęściej... też emerytów. Sprawę Haliny z Wilczaka załatwiał mąż kuzynki, 72-letni.
W imieniu represjonowanego Benedykta Jelińskiego przyszła żona, 76-latka. Sam nie mógł dotrzeć, bo ma amputowane obie nogi. - Niemcy wysłali Benedykta, gdy miał 14 lat, do pracy w podbydgoskim lesie - opowiada Maria Jelińska. - Ale o tym urzędnicy już wiedzą. Dlaczego muszę znowu biegać od biura do biura?
Nie daję za wygraną. Po południu dzwonię do stowarzyszenia, by zadać to pytanie jeszcze raz.
- Naprawdę nie można dogadać się z ZUS-em, by przekazał wam dokumenty? - pytam ponownie.
- Trzeba by jakieś rozwiązanie wymyślić - słyszę w słuchawce głos miłej pani. - Pomyślimy o tym w przyszłym tygodniu, teraz mamy zbyt dużo pracy - mówi. Rozłączyła się, zanim podała swoje nazwisko.
"Gazeta" zainteresowała sprawą Annę Jankojć z Urzędu Marszałkowskiego, która opiekuje się kombatantami w regionie. - Jest bałagan, wiem - przyznaje. I dodaje, że też odebrała już kilkanaście telefonów od emerytów w tej sprawie.
Interweniowała w Urzędzie ds. Kombatantów i Osób Represjonowanych, do którego stowarzyszenie przesyła wnioski emerytów. - Problemem jest nie tylko dezorientacja i bieganina starszych ludzi - podkreśla. - Powstała luka prawna. Trybunał Konstytucyjny orzekł, że poprzednia ustawa jest niezgodna z konstytucją, ale nie ma jeszcze nowej.
Jankojć widzi jednak światełko w tunelu. - Jest propozycja, jak problem rozwiązać - zdradza. - Poszkodowani nie musieliby na nowo składać wniosków, tylko napisać do ZUS-u jedno pismo - odwołanie od decyzji, w której odmówiono im wypłacania dodatków do emerytury - tłumaczy.
Czy to rozwiązanie wejdzie w życie? O tym zadecyduje Urząd ds. Kombatantów najprawdopodobniej w przyszłym tygodniu.
Stowarzyszenie Polaków Poszkodowanych przez III Rzeszę szacuje, że w Bydgoszczy żyje ok. tysiąca osób, które mogą starać się o taką dopłatę do emerytury. Maksymalnie można dostać 173,10 zł miesięcznie (jeśli udokumentuje się 20-miesięczny lub dłuższy okres represji). Minimalna dopłata - za co najmniej półroczną niewolniczą pracę - to ok. 50 zł.
- Pracowałam w wiosce niedaleko Szubina - opowiada staruszka. - Miałam 14 lat, gdy zaczęłam robotę u gospodarza. Śmieję się przez łzy, wspominając ten czas. Musiałam wozić ciężkie taczki z kankami mleka, doić kilkanaście krów, a pojęcia o tym nie miałam. Za pierwszym razem przy byku usiadłam.
W 1993 r. udokumentowała swoją pracę. Dostała odszkodowanie (5 mln starych zł). I Zakład Ubezpieczeń Społecznych wliczył czas niewolniczej pracy do stażu zawodowego. Ale dodatku do emerytury nie przyznał. Bo dotąd należał on się tylko tym, którzy byli deportowani do przymusowej pracy poza krajem.
W grudniu Trybunał Konstytucyjny uznał, że to niezgodne z konstytucją. I że dopłaty należą się także tym, którzy niewolniczo pracowali na ziemiach polskich. Właśnie to orzeczenie jest przyczyną całego zamieszania. Sprawę nagłośniły media. Emeryci szturmem rzucili się do składania wniosków.
W bydgoskim Urzędzie Wojewódzkim tłoczą się od poniedziałku. Pod biurem Stowarzyszenia Polaków Poszkodowanych przez III Rzeszę, które przyjmuje dokumenty, codziennie ustawia się ok. 50 starszych osób.
Najmłodsi mają 74 lata. Nielicznym (we wtorek złożyło wniosek zaledwie siedem osób) udaje się załatwić sprawę za pierwszym razem. Dziwią się, dlaczego po raz kolejny muszą przynosić te same dokumenty, które już ma ZUS albo Fundacja Polsko-Niemieckie Pojednanie. Ale walcząc o każdy dodatkowy grosz do skromnych emerytur, karnie ustawiają się w ogonku.
- Trzeba zmuszać starszych ludzi do bieganiny między urzędami? Nie możecie poprosić ZUS-u, by przesłał niezbędną dokumentację? - pytam.
- ZUS na to nie pójdzie - ucina Helena Eckert ze stowarzyszenia. - Każdemu piszemy na karteczce, czego potrzebujemy. On udaje się z tym do ZUS-u i wraca do nas z kopiami dokumentów, które złożył tam wcześniej. Zresztą emeryt nie musi stawiać się u nas osobiście. Może przyjść ktoś z rodziny.
Rzeczywiście - wielu starszych ludzi już nie jest w stanie przyjść. Proszą o pomoc krewnych. Najczęściej... też emerytów. Sprawę Haliny z Wilczaka załatwiał mąż kuzynki, 72-letni.
W imieniu represjonowanego Benedykta Jelińskiego przyszła żona, 76-latka. Sam nie mógł dotrzeć, bo ma amputowane obie nogi. - Niemcy wysłali Benedykta, gdy miał 14 lat, do pracy w podbydgoskim lesie - opowiada Maria Jelińska. - Ale o tym urzędnicy już wiedzą. Dlaczego muszę znowu biegać od biura do biura?
Nie daję za wygraną. Po południu dzwonię do stowarzyszenia, by zadać to pytanie jeszcze raz.
- Naprawdę nie można dogadać się z ZUS-em, by przekazał wam dokumenty? - pytam ponownie.
- Trzeba by jakieś rozwiązanie wymyślić - słyszę w słuchawce głos miłej pani. - Pomyślimy o tym w przyszłym tygodniu, teraz mamy zbyt dużo pracy - mówi. Rozłączyła się, zanim podała swoje nazwisko.
"Gazeta" zainteresowała sprawą Annę Jankojć z Urzędu Marszałkowskiego, która opiekuje się kombatantami w regionie. - Jest bałagan, wiem - przyznaje. I dodaje, że też odebrała już kilkanaście telefonów od emerytów w tej sprawie.
Interweniowała w Urzędzie ds. Kombatantów i Osób Represjonowanych, do którego stowarzyszenie przesyła wnioski emerytów. - Problemem jest nie tylko dezorientacja i bieganina starszych ludzi - podkreśla. - Powstała luka prawna. Trybunał Konstytucyjny orzekł, że poprzednia ustawa jest niezgodna z konstytucją, ale nie ma jeszcze nowej.
Jankojć widzi jednak światełko w tunelu. - Jest propozycja, jak problem rozwiązać - zdradza. - Poszkodowani nie musieliby na nowo składać wniosków, tylko napisać do ZUS-u jedno pismo - odwołanie od decyzji, w której odmówiono im wypłacania dodatków do emerytury - tłumaczy.
Czy to rozwiązanie wejdzie w życie? O tym zadecyduje Urząd ds. Kombatantów najprawdopodobniej w przyszłym tygodniu.
Stowarzyszenie Polaków Poszkodowanych przez III Rzeszę szacuje, że w Bydgoszczy żyje ok. tysiąca osób, które mogą starać się o taką dopłatę do emerytury. Maksymalnie można dostać 173,10 zł miesięcznie (jeśli udokumentuje się 20-miesięczny lub dłuższy okres represji). Minimalna dopłata - za co najmniej półroczną niewolniczą pracę - to ok. 50 zł.
Najnowsze wiadomości
- 2 komentarze
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
10 głosów
-
Poszkodowani tłoczą się na korytarzach urzędów
babaqba
04.02.10, 15:05
Przy tej okazji warto wspomnieć świetlistą postać katolickiej prawicy, pana Jana Parysa, który już raz was okradł, drodzy staruszkowie. Jako, że pieniądze przepadły w przepastnych »
-
Poszkodowani tłoczą się na korytarzach urzędów
piotr68r
04.02.10, 18:45
www.zlikwidujzus.com/ www.zlikwidujzus.com/ www.zlikwidujzus.com/ www.zlikwidujzus.com/ www.zlikwidujzus.com/ www.zlikwidujzus.com/ www.zlikwidujzus.com/ www.zlikwidujzus.com/ »
Najczęściej czytane24 htydzień






